29 stycznia 2014

Aktywności Zosi

Autor: Matka Browar o 15:27 23 komentarze Linki do tego posta
Dzisiejszy post poświęcony będzie głównie Zosi i jej zabawom w ostatnich dniach :) Generalnie będzie to post chaotyczny, tak jak chaotyczne są Matki myśli i nijak nie umiałam znaleźć jednego tematu posta.

Nasza córa pięknie się rozwija, coraz więcej mówi, zdecydowanie ma już swoje zdanie i potrafi je wyrazić. Charakterek ma ewidentnie po mamuśce, jest więc uparta i nerwowa, no cóż - niedaleko pada jabłko od jabłoni. Jeśli coś jej nie wychodzi (np łączenie klocków konstrukcyjnych) to tym rzuca i krzyczy... Jak jej tego oduczyć, skoro i Matce takie akcje się zdarzają (taaak, niekiedy wychodzi z Matki furiat)?

Zosia i śnieg
W ostatnich dniach u wreszcie dotarła do nas zima. Myślałam, że Zocha będzie miała większą frajdę ze śniegu, ale i tak nie jest źle :) Saneczkujemy, budujemy babki ze śniegu, odśnieżamy plac zabaw i rysujemy patykiem na zaśnieżonych ławkach :) Mrozik nam nie straszny, choć nieco szczypie w policzki :) Oczywiście Stasio wszystkie zabawy przesypia - norma ;)



Zosia i domek
Po sankach pozostał karton. Matka postanowiła zrobić więc z niego użytek :) Wielkiej rewelacji nie ma, ale było przy tym trochę radości dla Matki i dla Zosi :) W tle totalny rozpierdziel zabawkowy oraz materiałowy - Zosia postanowiła wywlec z reklamówki wszystkie skrawki, trzymane na okoliczność mojej bliżej nie określonej w czasie przygody z maszyną do szycia ;) Fryzura poczapkowo-podrzemkowa ;)




Zosia i Ikea
Część wyprawy do Ikei Zocha przespała w wózku - tak jak i Staś. Obudziła się akurat na dziale dziecięcym - cóż za wyczucie ;) No i nie mogliśmy jej z niego wyciągnąć! Gotowanie, zabawy w warsztacie, zjeżdżalnia, huśtawka - raj. Zresztą muszę powiedzieć, że Ikea jest fantastyczna jeśli chodzi o podejście do dzieci, rodzin. Miejsca parkingowe dla rodzin z dziećmi obok wejścia, świetnie wyposażony, czysty i kolorowy pokój do karmienia/przewinięcia dziecka, przewijaki w łazience, wielka kabina toaletowa, do której można wjechać z wózkiem dziecięcym, dziecięce menu i słoiczki Gerbera w restauracji, sztućce i talerzyki dziecięce dostępne dla każdego dziecka na czas posiłku... Rewelacja! Oby więcej takich sklepów, bo wypad do takiego miejsca z dziećmi to czysta przyjemność :)


Zosia i szafa/ciuchy
Zosia zdecydowanie przejawia miłość do ciuchów, czapek i torebek. Oj tak, mała z niej kobietka...  Jeśli tylko znajdzie gdzieś czapkę - swoją, Stasia, moją, P. - zaraz ląduje na jej głowie ;) A miłość do przekładania ubrań dała swój upust dziś rano, kiedy Matka spokojnie i w samotności korzystała z toalety - cóż za luksus! Wiedziałam, że coś się święci, bo było za cicho ;) Oto co zastałam po powrocie - wszystkie ciuchy z szafy ułożone w piękny kopczyk na Zosinym placyku zabaw ;) Mina Zosi na mój widok bezcenna. I jej komentarz - "Oj Tosia Tosia".



Zosia i "Tosia sama"
Ewidentnie przechodzimy okres usamodzielniania się mojej córki. Bywa tak, że Matka zachęca ją do zrobienia czegoś samej i jest wielki nerw z jej strony. Ale bywa i tak, że Matka nie może Zosi tknąć, bo "Tosia sama!" się ubierze, rozbierze, uczesze, umyje zęby, zamknie drzwi na klucz itd, itp. Generalnie wspieram tą samodzielność, bo nie zawsze będę obok, żeby pomóc... Wczoraj wieczorem było chyba apogeum. Położyłam Zosię spać, po kilkunastu minutach zaglądam do jej pokoju, a mała księżniczka siedzi całkiem naga w łóżeczku i usiłuje założyć malutką pieluszkę w rozmiarze 1 (wcześniej miał ją na sobie pluszowy królik). No i jak tu zachować powagę? :D Zdjęć tej sytuacji nie będzie :)

26 stycznia 2014

Najedzeni, choć nie na Fest ;)

Autor: Matka Browar o 23:12 22 komentarze Linki do tego posta
I kolejny weekend za nami :) Kolejny przyjemny weekend! Co prawda zapowiadał się zupełnie inaczej, bo miało być kino, kulinarne uniesienia (choć tych nie zabrakło) - mimo to był to fajny, rodzinny weekend :)

W sobotę mieliśmy wielkie plany uczestnictwa w świetnej kulinarnej imprezie Najedzeni Fest. Wyprawiliśmy więc siebie i dzieci na godzinę 12 do Forum Przestrzenie, gdzie impreza miała się odbywać. Zadowoleni wchodzimy, a tam pusto. Co jest? Okazało się, że Najedzeni Fest owszem, będzie, ale jutro - w niedzielę! Grr, a ja miałam takie plany czego to tam nie zjem, czego nie kupię... Bo cudowności tam zawsze od liku! Powidełka, syropy do kawy, sushi, zupa kimchi, kiełbaski, kanapki, sałatki, włoskie pyszności, węgierskie specjały, sery, wina no i SŁODYCZE!  Mea culpa, gapiostwo Matki wzięło górę i pomyliłam daty (a chwilę wcześniej polewałam z kumpeli, bo myślałam, że to ona pomyliła daty ;). Ale trudno, miejscówka i bez imprezy fajna, więc skoro już wyprawiliśmy się całym stadkiem z domu to zostaliśmy tam na pysznej gorącej czekoladzie, deserze i lunchu :) Staś spał, Zosia bawiła się z innymi dziećmi i rysowała kredą po tablicy, a my cieszyliśmy się miłym popołudniem poza domem :) Zocha kompletnie nie chciała stamtąd wychodzić!
Niestety na Najedzeni. Fest w niedziele nie dotarliśmy, bo na proszony obiad z okazji Dnia Dziadka i Babci przybyli do nas teściowie i moj tata.

Było wesoło, gwarnie, smacznie (bo w kuchni rządził mój M., ja ograniczyłam się do sałatki i szarlotki ;),



No i prezenty były! Dziadki zachwyceni swoimi :)

A oto i one. Kalendarze, magnesy ze zdjęciami dzieci, wywołane zdjęcia i własnoręcznie wykonane przez Zosię laurki). Malutkie magnesiki (2,5x2,5cm) wyszły fantastycznie! Polecam, świetny pomysł na prezent (sobie też zrobiliśmy ;) - Fabryka Magnesów.


A Zosia wreszcie dostała sanki (to prezent gwiazdkowy, ale z racji totalnego braku miejsca w naszym aucie po Bożym Narodzeniu zostały w Kielcach).
 

Oczywiście po obiedzie zostały wypróbowane, ale dowodów foto na razie brak ;) Zocha szalała na sankach z dziadkami, babcia spacerowała ze Stasiem, a my udaliśmy się do Sąsiadów na pokaz Thermomixa.


Ma ktoś z was to cacko? Polecacie? My jesteśmy od dawna urzeczeni i rozważamy zakup. Ten pokaz tylko nas w tym umocnił ;) Oszczędność czasu i łatwość przyrządzania różnych potraw - tego mi przy dwójce dzieci trzeba :P Przepysznie było, wesoło (paczka 8 sąsiadów) i niebawem będzie powtórka :) Oj, nasze brzuchy to dziś PASIbrzuchy, tyle dobra w nie wpadło ;)


24 stycznia 2014

Spanie z dzieckiem - za czy przeciw?

Autor: Matka Browar o 14:43 28 komentarze Linki do tego posta

Śpicie ze swoimi dziećmi? Specjaliści i inne mądrale trąbią, że spać z dziećmi się nie powinno, że to niepedagogiczne, nieetyczne, niehigieniczne i coś tam jeszcze… Że przez przypadek można dziecko we śnie uderzyć, przygnieść, udusić… Tak sobie myślę, że Ci, co to piszą chyba nigdy nie spali z dzieckiem…

U mnie sprawa ma się następująco. Kiedy Zosia była mała wystrzegałam się spania z nią jak ognia… W nocy karmiłam na leżąco czytając Facebooka, forum rówieśnicze, pisząc maile – wszystko po to, żeby nie zasnąć i zaraz ją odkładałam. Czasem trwało to nawet 40 minut, po czym odłożona Zosia się wybudzała i wtedy zabawa zaczynała się od nowa. I tak 2-3 razy każdej nocy. Wyspaną bym się wtedy nie nazwała… Ale spokojnie, mogłam przecież podrzemać razem z nią kiedy spała w dzień (choć w rzeczywistości nigdy tego nie robiłam bo nie umiem spać w dzień – dla mnie to marnotrawstwo czasu :) ). Zarzekałam się, że Zosia spać z nami nigdy nie będzie, bo później nie oduczę jej tego, a łóżko jest po to, żeby się wyspać a nie boksować z dzieckiem ;) Ale kiedy Zosia zaczęła ząbkować czasem po 5, 6 nocnych pobudkach zrezygnowana brałam ją do siebie nad ranem, bo to dawało szansę na jeszcze kilkadziesiąt minut snu…

Kiedy urodził się Staś postanowiłam zobaczyć co nam los przyniesie. I przyniósł to, że Staś śpi z nami. Nie przez całą noc – zasypia w kołysce, ale kiedy budzi się na karmienie około 2-3 w nocy zostaje już z nami do rana. Oczywiście jest to przejaw mojego lenistwa i wygody, bo zamiast odkładać go po kamieniu do kołyski ja po prostu zasypiam z nim przy piersi. Nie, nie boję się że się zakrztusi – każde jego zakaszlnięcie mnie wybudza, śpię czujnie jak nigdy dotąd. Mówią nawet, że wspólne spanie zapobiega SIDS. Ba, mówią też że dzieci sypiające z rodzicami mają rozwinięte poczucie bezpieczeństwa, są samodzielne i silniejsze psychicznie. Owszem, czasem budzę się połamana, bo przez kilka godzin nie zmieniam pozycji, ale jakoś sobie tego nie krzywduję… Potrzeba bliskości dziecka nie kończy się o zmroku, myślę więc, że i Staś jest dzięki temu szczęśliwy ;) A zamiast sfrustrowanej, niewyspanej matki ZOMBIE dwójka moich dzieci ma matkę wyspaną i pełną energii. Kiedyś przyjdzie czas aby oduczyć Stasia spania z nami i wtedy będziemy się martwić. 


Niejednokrotnie nad ranem jest nas w łóżku 4 – bo od kilku tygodni Zosia wybudza się z płaczem i pomaga jedynie zabranie jej do naszego łóżka. Zepsucie się szerzy! Komfortowo może nie jest, ale da się :) Nie żebym to uwielbiała, ale wolę ten dyskomfort niż ślęczenie w drugim pokoju przy łóżeczku Zosi, podczas gdy Staś wybudza się i szuka piersi... A nasze dzieci są wyprzytulane i szczęśliwe, w nosie mam więc Tracy Hogg i innych specjalistów, krytykujących spanie z dzieckiem i zarzucających temu zło całego świata ;) 




Cóż, tak to już bywa, że zagorzali przeciwnicy spania z dzieckiem w jednym łóżku, po tym jak przychodzi na świat ich własne dziecko, często zmieniają się w gorących zwolenników takiego rozwiązania. 
Chcecie poczytać więcej na ten temat?


Spanie z dzieckiem - razem czy osobno? http://lovi.pl/pl/rodzice/191



22 stycznia 2014

Misz-masz babciowo-dziadkowo-obiadowy ;)

Autor: Matka Browar o 16:37 18 komentarze Linki do tego posta
Choć dwa posty czekają w kolejce na publikację, to dziś będzie miszmaszowy post z okazji Dni Babci i Dziadka :)
Życzenia złożone, ale tylko telefonicznie... Prezenty zostaną wręczone dopiero w niedzielę, bo właśnie wtedy teściowie i mój tata zostali do nas zaproszeni na obiad z okazji swojego święta :) Prezenty zapowiadają się świetnie, ale jeszcze do nas nie dotarły (czy dojdą na czas...?), dlatego pokażę je dopiero w niedzielnym poście ;)
Dziadkowie dostali też mailowe życzenia, a oto co w nich zobaczyli :)









A dziś w Krakowie pierwszy dzień zimy. Nareszcie! Gapa ze mnie, bo nie zrobiłam Zofii żadnego zdjęcia w śnieżnej scenerii... Od rana, gdy tylko wyjrzała przez okno powtarzała ŚNIEG, BIOŁY ŚNIEG! Na spacerze była zaskoczona i chyba jej się podobało, ale mrozik zrobił swoje i po niespełna 1,5h spacerku wołała do domu :) Staś oczywiście wszystko przespał ;)

Polecę Wam jeszcze mega pyszny obiad. Wraz z Zosią spałaszowałyśmy wielkie jego talerze, rewelka!

Prosty, szybki (10-15 min) i niedrogi, jeśli składniki zakupi się w dyskoncie ;)
Dziś zamiast tagiatelle użyłam fusilli czyli świderków - ulubiona forma kluchów mojej Zosi.
Oryginalny przepis pochodzi stąd.

Makaron z wędzonym łososiem i roszponką



Składniki, 2 porcje:

200 g makaronu tagiatelle, parppadelle, pasuje też fusilli
kilka łyżek serka mascarpone (lub śmietanki kremówki)
starta skórka z 1/2 cytryny (tylko żółta część skórki)
100 g wędzonego łososia, pokrojonego w paski
duża garść roszponki, - opłukane i oberwane same listki
sól i świeżo zmielony czarny pieprz
ewentualnie starty parmezan

Przygotowanie:
  • Zagotować osoloną wodę, dodać makaron i ugotować go al dente. Odcedzić, zachowując około 1/3 szklanki wody, w którym gotował się makaron. Makaron włożyć z powrotem do garnka i ustawić go na wolnym ogniu.
  • Dodać mascarpone lub śmietankę kremówkę, skórkę z cytryny oraz kilka łyżek wody, w której gotował się makaron. Wymieszać i zdjąć z ognia. Dodać łososia oraz roszponkę, wymieszać i ewentualnie dodać więcej wody gdyby sos był za gęsty. Doprawić pieprzem - uwaga, łosoś wędzony jest słony), posypać parmezanem i zaraz podawać.
SMACZNEGO!

W tle nasz zaśnieżony balkon i park :)

20 stycznia 2014

Znowu poniedziałek... ;)

Autor: Matka Browar o 15:21 20 komentarze Linki do tego posta
Chcąc opisać miniony weekend Matka nie bardzo wie od czego zacząć. Był mocno towarzyski  i mocno rodzinny, wesoły, aktywny i zdecydowanie za krótki! Będzie to więc post nieco-fotorelacja ;)

W piątek popołudniu pojechaliśmy do naszych przyjaciół i chrześniaka mojego P.  Mieszkają w cudownym domu na wsi, w urokliwym, spokojnym i cichym miejscu. Niezmiennie namawiają nas do kupna działki obok, i choć każdorazowo jesteśmy zachwyceni pobytem tam, to jednak nie umielibyśmy wyprowadzić się z miasta... Nie w obecnej sytuacji, kiedy to P. wyjeżdża często (dziś np na 5 dni), a ja zostaję sama z 2 dzieci... Lubię wtedy mieć poczucie, że niemal za ścianą mam kilka osób, które w razie czego są mi w stanie szybko udzielić pomocy... Dom to nasze marzenie, ale odsunięte w bliżej nieokreśloną przestrzeń... Na razie skupimy się na kombinacji jak kupić większe mieszkanie ;)
Choć nie ukrywam, uwielbiam tą wielką przestrzeń domu naszych przyjaciół, uwielbiam patrzeć jak Zośka wspaniale się tam czuje i bryka z Ignasiem na jeździkach, rowerkach, hulajnogach, skaczących krówkach itd. A my zawsze jesteśmy tam przyjmowani po królewsku :) Nawet Staś wczuł się w sielankowy nastrój tego domu i był po prostu anielsko grzeczny :)





Tym razem spędziliśmy tam cudowny towarzysko wieczór, spokojną noc (jaka tam ciiiisza!), leniwy poranek i błogie popołudnie :)

Pod wieczór trzeba było wracać do Krakowa, bo Matka miała umówione spotkanie z ludźmi z pracy. Nie zamierzam ukrywać, że jestem bibliotekarą i było to spotkanie personelu naszej biblioteki, zorganizowane przez panią Dyrektor. Tak tak, znajomi pytali mnie, czy my tam książki będziemy czytać i tylko o nich gadać, ale zdziwili by się, jak wiele było tematów ;) Strasznie sympatyczny wieczór, i muszę powiedzieć, że bardzo mi miło, że choć nie ma mnie w pracy od 2 lat (urlop macierzyński, wychowawczy, L4 w zagrożonej drugiej ciąży i znowu macierzyński...), to zostałam zaproszona i traktowana jak normalny pracownik :) Fajnie było spotkać się z dziewczynami, pogadać o pierdołach, o dzieciach, o pracy i wszystkim innym. I zjeść fantastyczne precle, wypiekane na miejscu w knajpie, w której było spotkanie.



Niedziela to rodzinne lenistwo, wspólne zakupy i wyjściowy obiadek, malowanie farbami i po prostu miło spędzony czas. Aż żal, że tak szybko musiał zacząć się kolejny tydzień ;)



Na zakupach Zosia koniecznie musiała tak jak tata poprzymierzać kamizelki i marynarki ;)


A dziś? Dziś deszczowo, melancholijnie... P. pojechał, dzieci marudzą, czas zmierzyć się z cotygodniową rzeczywistością ;) Jedyne co mi pozostaje, to odliczać dni do kolejnego weekendu, który też zapowiada się ciekawie! Tak, dla takich rodzinnych weekendów warto jest żyć...

Wiecie co? Bo ja uwielbiam być Matką i Żoną :)




17 stycznia 2014

Odpocząć od garów

Autor: Matka Browar o 14:51 21 komentarze Linki do tego posta
Trzeba sobie jasno powiedzieć, że co jak co, ale matką polką to ja nie jestem ;)
Bo ja nie z tych, co zawsze mają picuś glancuś posprzątane, wszystkie ciuchy poprasowane, no i ugotowany obiad oczywiście, a jakże!
Ja raczej z tych, co to sprzątają jak mają przyjść goście (najlepsza motywacja!), a na co dzień po prostu tylko ogarniają ten cały bajzel, żeby jakoś dało się przejść z kuchni do łazienki bez nadziania się na piekielnie ostry klocek, hulajnogę, kredkę bądź innej maści narzędzie potencjalnej krzywdy na mym delikatnym ciele ;)

Prasowanie? Zapomnijcie ;) Przy 2 dzieci prasowanie to zbędny luksus. Już dawno temu opracowałam technikę strzepywania prania i wieszania ubrań według szwów, a później dokładnego ich składania - tak, że 95% nie wymaga później prasowania. To co wymaga leży sobie grzecznie w szafie i jest prasowane wtedy, kiedy się chce to założyć ( a więc rzadko, bo wyciąganie deski do prasowania i odganianie od niej wszędobylskiej 2-latki to ciężkie zadanie ;) Nawet Staśkowe ciuszki bardzo szybko przestałam prasować - około 5 tygodnia jego życia. Po założeniu mu raz i drugi niewyprasowanych ciuszków stwierdziłam, że nic mu się nie działo, więc po co dokładać sobie pracy?

A co z gotowaniem? Najczęściej przed południem udaje mi się upichcić mniej lub bardziej skomplikowany posiłek - zupy, makarony, ryby z parowaru i inne jadła. Zawsze to samo dla Zosi co dla nas. Zwykle na dwa dni, bo wtedy co drugi dzień mam kuchenny urlop ;) Niekiedy zdarza się, że czegoś nie starczy na drugi dzień dla wszystkich, wtedy nie mam skrupułów aby dać Zosi słoiczek, a raczej kupny obiadek w miseczce - Babydream, Hipp czy coś tej maści.
Ale są dni, kiedy postanawiam zrobić sobie wolne od garów i wtedy wspomagam się obiadem kupnym. Tak więc dziś na naszym stole zagościły przepyszne pierożki z maleńkiej pierogarni, którą mamy po sąsiedzku. Świeże, robione na zamówienie "na widoku" (ale można zamówić też przez telefon), niedrogie. Zosia dziś z uśmiechem na ustach wpałaszowała 5 dużych pierogów z białym serkiem, a potem jeszcze podkradała moje ze szpinakiem :) Miałam zdjęcie zrobić, ale zanim o tym pomyślałam, to już zniknęły - słaby refleks ;) Matka szczęśliwa, bo przy garach stać nie musiała, a dziecko szczęśliwe bo najedzone :D

Matka wygodna powiecie? A jakże, czemu nie?! Przynajmniej mam więcej czasu dla moich dzieci :)

Uwielbiam też czasem zjeść na mieście. Wczoraj wybrałam się z kumpelą do knajpki na wieczorne pogaduchy, a skończyło się na obżarstwie w burgerowni :) Zwie się pięknie - Love Krove :)

 Objadłam się pysznym burgerem z pesto, rukolą, mozarellą i majonezem, a popiłam koktajlem Bananamama - mleko z kawałkami czekolady, masłem orzechowym i bananem. Mniam!




16 stycznia 2014

Jak ryba w wodzie!

Autor: Matka Browar o 10:29 13 komentarze Linki do tego posta
Wczoraj na spontanie wybraliśmy się na pierwszy rodzinny wypad na basen :) Nie byliśmy sami - poszli z nami również przyjaciele-sąsiedzi z 1,5 rocznym synkiem Arusiem. Miałam małe obawy, czy Stasiowi ta przygoda nie zaszkodzi, ale zdecydowaliśmy, że nie będziemy nadmiernie na niego chuchać i dmuchać... Gdyby miał coś złapać, to złapie przecież i w sklepie...

Wybraliśmy się do pobliskiego Hotelu Orient, wyposażonego w kameralny, nieduży basen z nieco cieplejszą niż w innych basenach wodą. Musieliśmy podzielić się dziećmi - P. zabrał do męskiej przebieralni Zosię, a ja zabrałam ze sobą Stasia. O Zosię się nie martwiłam - podczas wakacji na Krecie ujawniła się jej miłość do wody i stała się tam basenowym potworem. Dla Stasia był to jednak pierwszy raz i nie wiedziałam czego się spodziewać. Nasz mały Cypisek zaskoczył mnie jednak swoim spokojem i pogodą ducha :) Może nie był nadmiernie zachwycony, ale obyło się bez wielkich płaczów i histerii. Przez większość czasu spokojnie przyglądał się nieznanej sobie scenerii. Nie podobały mu się jedynie zmiany pozycji, dlatego tym razem postawiliśmy na przechadzanie się po wodzie w pozycji ciało do ciała - plecki Stasia na moim brzuchu. Ale kilka razy Stasio "popływał" też na brzuszku :)
Ogarnianie siebie i malucha pod prysznicem i w szatni okazało się prostsze niż myślałam :) Zresztą wcześniej zasięgnęłam fachowych porad od doświadczonej w takich wyprawach koleżanki i okazały się bardzo przydatne. Staś był bardzo grzeczny pod prysznicem, jak i przy wszystkich zabiegach pielęgnacyjnych, co mocno ułatwiło sprawę :)


Jeśli chodzi o Zosię to była zachwycona :) Dzielnie pływała w swoich rękawkach lekko podtrzymywana przez P., ganiała za piłkami, robiła fale, skakała. I nie przestawała się śmiać! A po wszystkim cały czas powtarzała BASIEN, BASIEN! Z Arusiem, basien! Mówi zresztą o tym także dziś.

Z lewej strony wykadrowana ręka P., bo niekoniecznie w całości chce się pokazywać na moim blogu ;)



Generalnie polecam taki rodzaj aktywności, dla całej naszej rodzinki był to wieczór pełen pozytywnych wrażeń i mamy silne postanowienie systematycznie to powtarzać. Uwielbiam aktywnie spędzać czas z rodziną! Matka czuje się w wodzie jak przysłowiowa ryba - a wszystko dzięki przekazanej przez własnego tatę miłości do wszelkich akwenów wodnych, pływania i generalnie otwartości na świat. Tu hołd dla mojego Taty, super wspaniałego człowieka! Taką samą miłość do wody, świata i ludzi chciałabym zaszczepić w moich dzieciach - oby mi się udało :)




15 stycznia 2014

Wielka Orkiestra Świątecznej Zawiści

Autor: Matka Browar o 15:02 12 komentarze Linki do tego posta
Miło jest dostawać maile i wiadomości z pytaniami kiedy następny post :) Szczerze Matka przyzna, że ostatnimi czasy nieco mniej jest chwil na spokojne wystukanie posta na klawiaturze, a i w głowie czasem myśli nie chcą się mądrze poukładać ;) Nie narażam więc was wtedy na moje grafomańskie wypociny ;)

Krótko o kwestii zdrowotnej - wczoraj ze Stasiem odwiedziliśmy nową lekarkę. Rzeczowa, sympatyczna i kompetentna, dokłądnie Stasia obejrzała i zbadała. Zaleciła kontrolnie powtórzyć wszystkie badania za 2 tygodnie i jeśli wyniki się nie poprawią lub będą stały w miejscu pokieruje nas do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie... Oby to nie okazało się konieczne... Dodatkowo zaleciła nam rehabilitację dla Stasia, bo bidakowi coś nie działa trakcja ;) Ciągle coś cholercia, ciągle coś...

Teraz z innej beczki:

Ogromnie wkurza mnie obecna nagonka na Jurka Owsiaka i WOŚP... Co roku to samo, tyle że co roku pojawia się coraz więcej "mądrych" pismaków szukających sensacji i innych wszystkowiedzących, którzy atakują tego człowieka i jego fantastyczną inicjatywę. Oburza mnie to z kilku względów:
1. Te mądrale prawdopodobnie nigdy nie zrobią niczego tak wspaniałego, ratującego życie tylu maluchom, na tak wielką skale. Ba, prawdopodobnie nie pomogli by nawet staruszce z zakupami... Może to zawiść po prostu, że komuś się chce, że ktoś to potrafi? A że na tym zarobi? To jego PRACA! Ma na utrzymaniu rodzinę, podobnie jak inni członkowie fundacji. Kosztują też szkolenia dla wolontariuszy, czas antenowy i zorganizowanie finału łącznie ze wszystkimi szczegółami technicznymi dziesiątków koncertów i sztabów WOŚP. Zapytacie po co koncerty? Bo w dzisiejszych czasach jak się czegoś nie zrobi dla ludzi - czytaj nie da im rozrywki - to ich się nie wyciągnie z domów... Niestety. Koncerty są więc po to, żeby ludzie ruszyli tyłki ze swych wygrzanych kanap i pozwalają zarobić więcej dla chorych dzieciaczków. 92% środków ze zbiórek idzie na sprzęt, tylko 8% jest przeznaczone na funkcjonowanie fundacji. Wg mnie to niewiele za tak wielka robotę, jaką robią Owsiak i jego ludzie...

2. To NFZ powinien wyposażyć oddziały noworodkowe. Prawdopodobnie bez WOŚP wyglądałyby one "nieco" ubożej niż teraz. Wiele osób czytających mojego bloga jest rodzicami. Wiecie więc, że każde z naszych dzieci właśnie dzięki WOŚP miało przeprowadzone bezpłatne badanie przesiewowe słuchu. Będąc w szpitalu ze Stasiem widziałam jak wiele jest sprzętu medycznego oznaczonego serduszkami WOŚP. Tak wiele dzieci na co dzień z tego korzysta, jak można tego nie doceniać?!

3. Od 2 lat WOŚP gra także dla seniorów. Kochani, pomyślmy o tym, że pewnie naszym bliskim, a za jakiś czas i nam przyjdzie pewnie skorzystać z  tego sprzętu...

4. Porównywanie WOŚP do Caritas. Owszem, Caritas działa na większą skale ale zwróćmy uwagę, że zbiera pieniądze przez cały rok - a WOŚP tylko 1 dzień w roku. Grupa docelowa też jest zupełnie inna, nie ma tu więc czego porównywać... W naszym kraju znajdzie się miejsce dla obu tych inicjatyw...

Tyle na dziś. W planach na popołudnie pierwszy wypad na basen z naszymi maluchami :) Chciałabym zrobić fotki, ale nie wiem czy się uda ;)



12 stycznia 2014

Projekt Samo_się - tydzień 8.

Autor: Matka Browar o 22:56 24 komentarze Linki do tego posta
Matka tak strasznie napalała się na udział w Projekcie Samo_Się, a potem po 2 relacjach jakoś czasu, pomysłów i chęci brakło... Nadrabia więc teraz, a czemu nie, nigdy nie jest za późno :)

Temat upływającego tygodnia to Na macie, kocu, łóżku - harce brzuszkowe. Oj, to nie jest to, co nasz tygrysek lubi najbardziej ;)
Zośka w jego wieku na brzuszku spędzała całe godziny, natomiast Staś po około 5 minutach względnego spokoju coraz intensywniej sygnalizuje swe niezadowolenie. Zwykle te kilka minut spędza na macie edukacyjnej. Dźwiga główkę całkiem ładnie - jak mu się chce ;)

Początki zwykle są obiecujące.

Zwłaszcza jak w zasięgu wzroku są świecące zabawki ;)

Ewentualnie mama z aparatem :)



Albo siostra z zabawkami!



Ale co by się nie działo, ile zabawek by nie świeciło i nie grało - kończy się to zwykle tak:


Na szczęście zawsze można liczyć na starszą siostrę, która ucałuje i pocieszy umęczonego buntownika ;)


Ale co niezmiernie istotne - mimo całej niechęci do leżenia na brzuchu śpi się najlepiej właśnie w tej pozycji! Odłożony na wznak Staś bardzo szybko się wybudza, a na brzuchu potrafi spać dobrych kilka godzin :)



Szklana pogoda

Autor: Matka Browar o 14:51 16 komentarze Linki do tego posta
Na wstępie Matka chciała podziękować Wam za wszystkie miłe komentarze pod poprzednim postem i zawarte w nich życzenia zdrowia dla Stasia i pozytywnej energii dla nas - rodziców. To Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy...
Tak jak planowałam, byłam w piątek ze Stasiem u lekarza. Niestety jednak beztroska pani doktor powaliła mnie na kolana - owszem, wyniki nie są dobre, ale są dzieci, które mają dwa razy gorsze... Pani doktor nawet nie obejrzała Stasia "bo po co go budzić?". Ech... Tak więc mamy czekać kolejny miesiąc i właściwie nic nie robić, poza podawaniem 2 leków, które jakoś przez ostatni miesiąc poprawy nie przyniosły... Oj nie, ja nie jestem z tych, które będą czekać aż będzie tylko gorzej... Będziemy więc chcieli umówić się prywatnie do poleconej lekarki - może tam dowiemy się czegoś więcej... Tyle na ten temat, bo nie chciałabym nadmiernie zalewać Was moimi frustracjami.

Podzielę się z Wami za to moimi radościami :) Zarówno piątek, jak i sobota upłynęły mojej rodzince pod znakiem sympatycznych spotkań towarzyskich :) W niedzielę wybraliśmy się do sąsiadów, gdzie Zosia szalała ze starszą o rok Anetką i dostała od niej wieeele dowodów miłości :) My natomiast nadrobiliśmy zaległości w ploteczkach ;) A wczoraj to my gościliśmy naszych przyjaciół i nie mogłabym przemilczeć tu fantastycznych osiągnięć kulinarnych, jakie przygotował dla nas mój P.:) Była zupa z pieczonych papryk i pomidorów, była cudowna Foccacia (ktoś tu wie, skąd inspiracja na te dania ;), była pieczona pierś z kaczki z sałatką z roszponki, pomidorków cherry i żurawiny polanej octem balsamicznym, a na deser moje muffiny marchewkowe :) Niestety zanim pomyślałam o pstryknięciu fotek dla dokumentacji tych cudowności, zniknęły już z talerzy... ;( Było pysznie, sielsko i anielsko ;) Nawet dzieci dostosowały się do tej przyjemnej atmosfery dając nam porozmawiać, przesiedzieliśmy więc w tym miłym towarzystwie od 15 do 22 :)

Kto mnie trochę zna, ten wie, że spotkań i rozmów z ludźmi potrzebuję niczym tlenu... Naładowałam więc akumulatory na tak ponurą, deszczową i samotnie spędzoną z dziećmi niedzielę, bo P. wyruszył nad ranem w podróż służbową. Myślałam, że zabiorę dziś dzieciaki na WOŚP - Zosia miałaby nie lada frajdę z serduszek - ale nic z tego...

Jedynym zdjęciem w dzisiejszym poście niech będzie wizerunek Zosi po spotkaniu z flamastrami ;)



09 stycznia 2014

Zdrowie po raz wtóry...

Autor: Matka Browar o 15:05 22 komentarze Linki do tego posta
Matka się znowu nie odzywała kilka dni, bo ma zmartwienie. Staśkowe wyniki znowu nie są dobre, nie chcę dziś już wdawać się w szczegóły, ale trochę złapałam stresa... Jutro mamy wizytę w poradni hepatologicznej, może napiszę więc więcej jak się czegoś dowiem...

Najlepsze że Stasio absolutnie nie wygląda na dzieciaczka, któremu by coś dolegało... Od kilku-kilkunastu dni jest wiecznie szczęśliwy (poza krótką chwilą, kiedy robi się głodny, a mama jeszcze nie gotowa ;) ). Ładnie śpi, ładnie je. Strasznie dużo się śmieje, gaworzy, łapką trąca zabawki i realnie się nimi interesuje. Nie musi już być ciągle na rękach i właściwie prawie wcale na nich nie jest - potrafi dobrych kilkadziesiąt minut spokojnie leżeć w kołysce, na macie i przyglądać się zabawkom czy karuzelce. A jego uśmiech mnie po prostu rozwala...
Mój mały synuś musi być zdrowy...



 

Matka Browar w Niemczech Copyright © 2010 Designed by Ipietoon Blogger Template Sponsored by Emocutez