30 września 2014

Mieszkanie w mieście czy dom poza miastem?

Autor: Matka Browar o 10:29 37 komentarze Linki do tego posta
Od kilku miesięcy stoimy wraz z mężem w obliczu trudnej decyzji... Bijemy się z myślami, co chwila zmieniamy zdanie. Przegadaliśmy na ten temat już dziesiątki godzin...

Jak niejednokrotnie tu pisałam, przestajemy się mieścić na naszych 45m2 i naturalnym jest myślenie o czymś większym. I tu pojawia się problem... Nie wiemy na co się zdecydować.

Oboje dorastaliśmy w domach (choć ja do 8 klasy podstawówki mieszkałam w bloku), ale były to domy w mieście. To nas rozpieściło... Chcemy mieć wszędzie blisko - do sklepów, szkół, kin, do pracy, do centrum...  Niestety, ceny działek w Krakowie raczej przekraczają nasze możliwości finansowe - ewentualnie są to tak maleńkie działki, że oprócz trampoliny i grilla nic by się tam nie zmieściło...
Jednocześnie marzy nam się przestrzeń, taras, duży salon, w którym można podjąć całą masę gości, i nie czuć się jak sardynka w puszce. Marzy nam się odzyskanie sypialni, osobne pokoje dla maluchów... Każdy musi mieć w naszym nowym lokum miejsce dla siebie. Dodatkowo, mnie całkiem szalenie marzą się nawet własne marchewki, maliny, truskawki... MNIE! Oczywiście dla Zosi i Stasia koniecznie piaskownica, huśtawka, trampolina, a latem także basen... A do tego dalej chciałabym być częścią zorganizowanej społeczności, a właśnie taka funkcjonuje na naszym osiedlu.
No i bąd tu człowieku mądry - jak to wszystko pogodzić?


  Źródło: http://www.wolnymbyc.pl

Opcje są dwie. Jedną z nich jest większe mieszkanie na naszym osiedlu - inna lokalizacja w Krakowie nie wchodzi w grę, przegadaliśmy to już wiele miesięcy temu. Tu mamy przedszkole, żłobek, dużo zieleni, cudownych sąsiadów, blisko do pracy, do szkoły, sklepów. Dlatego tak ciężko myśleć o wyprowadzce stąd... Po prostu wygodnie nam się tu żyje. Lubię nasz osiedlowy park, pogaduchy z sąsiadkami w ramach spacerów, wspólne spacery, wyjazdy, kawki i piwka, nasze wyprzedaże osiedlowe... Na naszym osiedlu są dostępne mieszkania z małymi ogródkami - takimi właśnie na grilla i trampolinę + 2 leżaczki... Minus? Wszyscy sąsiedzi z góry i z naprzeciwka mają Cię jak na dłoni, do tego co jakiś czas musisz być przygotowany na zbieranie ich petów i wyrzuconych w ramach imprezowej fantazji puszek, ciuszków i innych niespodzianek.

Druga opcja - wolnostojący dom w jednym z podkrakowskich miasteczek, z dobrze zorganizowaną infrastrukturą. Mamy już swoje typy, a właściwie jeden typ pięknego, dobrze zorganizowanego miasteczka... Musi być stosunkowo blisko do Krakowa, z dojazdem max pół godziny nawet w korkach, muszą być tam sklepy, przedszkola, szkoły, place zabaw, miejsca na spacery, na niedzielny obiad poza domem, na wypad na lody i kawkę... Chodniki, muszą być chodniki - mówię nie dla życia mojej rodziny w wiosce, miasteczku bez chodników i pobocza. Bezpieczeństwo moich dzieci jest najważniejsze! I muszą być spore siedliska młodych ludzi, z którymi potencjalnie moglibyśmy się zaprzyjaźnić.
W tej opcji jest jeden minus - boję się, że będę się tam czuła osamotniona. Że w razie "W" zabraknie osób, gotowych pomóc. Mój P. często wyjeżdża na kilka dni... Na naszym osiedlu mam kilka osób, które odbiorą mój telefon o każdej porze dnia i nocy, które zaopiekują się dziećmi, gdyby była taka potrzeba. To daje ogromne poczucie bezpieczeństwa i jest wygodne. Nie bez przyczyny nasze osiedle nazywa się Fajny Dom :) Boję się, że gdzieś w małym miasteczku takiej pomocy może zabraknąć... Wszyscy mi mówią, że kto jak kto, ale ja nie mam problemów z nawiązywaniem nowych znajomości. Ale sami wiecie - budowanie takich zacieśnionych relacji trwa. Nie zawsze też trafi się na kogoś, z kim taką relację chce się budować...
Boję się także tej codziennej, rodzinnej logistyki - praca, dom, przedszkole, potem szkoła... Zajęcia pozalekcyjne - angielski, basen, taniec, czy cokolwiek innego. Jak to pogodzić z dojazdami, z korkami. Wiem, że masa ludzi bez problemu to jakoś godzi, ale boję się, że koniec końców będę w tym wymarzonym domu spędzać tylko wieczory i weekendy ;)
I jeszcze całkiem serio boję się reakcji dzieci na wyprowadzkę. Jeśli decydowalibyśmy się na dom - to potrwa przynajmniej 2, a może i 3 lata. Zosia będzie miała wtedy prawie 5 albo 6 lat. Już teraz ma na osiedlu koleżanki i kolegów, za 2-3 lata te więzi będą silniejsze. Jak zareaguje na przeniesienie jej w inne miejsce, do innego przedszkola, gdzie zabraknie znajomych twarzy? Wiem, że nie jest dziewczynką, której łatwo przychodzi nawiązywanie relacji z innymi. Muszę mieć to na uwadze...
Ach, no i lenistwo każe mi bać się odśnieżania, koszenia i wszelkich przydomowych obowiązków :P I kosztów ogrzewania, napraw dachu, elewacji, I ogólnie - przecież dom to wieczna skarbonka. Bo ogrodzenie, bo elewacja, bo zawsze coś... A w bloku stały czynsz z funduszem remontowym załatwia to wszystko...

 Źródło: http://www.goodhomeadvisor.com

Nie pytam Cię drogi czytelniku co robić. Ale pytam Cię o Twoje osobiste doświadczenia. Mieszkasz w małym miasteczku? Niedawno się przeprowadziłeś? Jak wygląda Twoja codzienność, rodzinna logistyka? może masz duże mieszkanie na fajnym osiedlu? Jak Ci się żyje, czego Ci brakuje? W
szelkie Wasze osobiste doświadczenia mile widziane :)

 Źródło: http://www.homedit.com

22 września 2014

Jesienne przysmaki

Autor: Matka Browar o 18:00 14 komentarze Linki do tego posta
Przyszła.
Nie do końca oczekiwana, nie do końca lubiana, choć bywa piękna.
Zwłaszcza jeśli ciepła. złota, sucha...
Jesień...

Wraz z nią przyszedł sezon na orzechy, grzyby, dynię, śliwki i winogrona.

 Źródło: http://www.e-ogrodek.pl/

U mojej babci od wieków po balkonowej balustradzie pnie się ogrodowa odmiana winogron. Duże, niemal czarne grona o słodkim, wyrazistym smaku.
Kilka dni temu dostałam całą reklamówkę tych skarbów jesieni i nie bardzo wiedziałam co z nimi zrobić. Nasza mała rodzinka nie jest w stanie zjeść takiej ilości, na produkcję wina nie miałam siły ani ochoty. Wpadło mi więc do głowy, że zrobię sok z winogron.
Wyszedł pyszny, klarowny i co najważniejsze - rozcieńczony wodą bardzo smakuje moim maluchom.

Sok z winogron ogrodowych


Składniki:

  • winogrona
  • cukier (może być biały, trzcinowy lub fruktoza)
  • woda
Proporcje zależą od tego, ile mamy winogron. Ja dałam 50 g cukru i pół szklanki wody na 1kg winogron.

Przygotowanie:
  • Umyć winogrona i oderwać od gałązki, włożyć do garnka. Dodać cukier i wodę. Gotować na średnim ogniu, od czasu do czasu mieszając.
  • Winogrona pękną i puszczą sok. Jeśli wydaje się on nam za rzadki, redukujemy go gotując dalej bez przykrycia. 
  • Powstały sok przelewamy do słoików, a miąższ przecedzić na gęstym sitku.
  • Zakręcone słoiki pasteryzujemy lub ewentualnie gorące odwracamy do góry nogami. 
Polecam :) Będzie jak znalazł na długie zimowe wieczory :) 




18 września 2014

913 dni; 21935.7 godzin; 1316142 minut

Autor: Matka Browar o 22:11 20 komentarze Linki do tego posta
Rosną mi te dzieci :) Jedno w przedszkolu (no cóż, z chwilową przerwą, bo katar jest tam źle widziany...), drugie w żłobku (przerwa jak wyżej).
Niebawem Staś skończy rok, dziś Zosia skończyła 2,5 roku. Nie będę się tu uzewnętrzniać nad tym, jak szybko to zleciało, bo każdy rodzic doskonale wie, że dzieci rosną nam szybciej, niż byśmy mogli się spodziewać ;)



Zosia. Moja mała zodiakalna Rybka. Urocza, rezolutna, ciepła, ciekawa świata. Uparta, nieśmiała, niecierpliwa.
Cudowna. Moja.


Dziś patrzę na nią i widzę cały ogrom pracy i czasu, jakie przez te 2,5 roku włożyłam, włożyliśmy w jej wychowanie wraz z P. Patrzę na nią z dumą, bo jest z czego być dumnym.
Oczywiście pewnie można było wiele rzeczy zrobić inaczej, może lepiej, może spokojniej... Popracujemy nad tym ;)

Zasób słownictwa mojej Zosi jest jak na ten wiek bardzo bogaty. Mówi dużo i często - ma to po mamusi :) Dyskutuje, opisuje rzeczywistość z właściwym sobie urokiem :) Zdarzają się perełki:
"Mamusiu, znajdziełam dużego listka". "Nie możem zapiąć bucika", "Nie możem, jestem zajęta, robim herbatkę dla lali". Moje ulubione, kiedy się gdzieś wspina "Asekurujesz mnie mamusiu?".




Ogromnie ciężko idzie jej przepraszanie. Trochę ją rozumiem, bo to nigdy nie jest łatwe, ale potrafimy pół godziny dyskutować o tym, czy przeprosi kogoś, kogo niechcący uderzyła... Czasem już brakuje mi argumentów. I szczerze powiem, że niekiedy dyskutowanie z tak upartą małą osóbką potrafi mnie wykończyć nerwowo ;)

Wstydzi się facetów, starszych pań i  ludzi o nieco gorszej aparycji. No co ja poradzę. Ucieka, chowa się za mną, wkłada mi ręce między nogi, czego okrutnie nie lubię. Jest wstydliwa, lękliwa, baaardzo ostrożna...

Uwielbia Stasia i darzy go ogromną czułością. Nie tylko zresztą jego, zauważyłam ze ma fantastyczne podejście do wszystkich małych dzieci. Jeśli o braciszka chodzi - głaszcze go, całuje, pyta czy się wyspał, podaje mu picie, karmi jogurcikami... Ale zapamiętale kłóci się z nim o zabawki i niekiedy popchnie go lub pacnie, jeśli Staś przeszkadza jej w jej wizji zabawy.

W przedszkolu ponoć przepięknie zjada prawie wszystko, w domu zdarza jej się marudzić przy jedzeniu... Warzywa to samo zło, zwłaszcza surowe. Sama je wszystko. Zupy przestały być problemem, wreszcie :) Sama korzysta z toalety - że tak powiem - od A do Z. Coraz chętniej sama się ubiera i rozbiera - jedynie bluzki przez głowę stanowią jeszcze problem.

I ku mojej radości jest bardzo muzykalna :) Śpiewa, tańczy, podskakuje :) Mam nadzieje, że fajnie odnajdzie się na zajęciach dodatkowych z tańca, na które zapisałam ją w przedszkolu :)
 
Ulubione zabawki?
Domek z Playmobil, autka Stasia, ciastolina, malowanki.

Ulubione książeczki?
Zdecydowanie seria o Albercie Albertsonie - dziś dostała 5 brakujących nam tytułów :) Radość nie do opisania!

Ulubiona bajka?
Niepodważalnie Krecik. Podejrzewam, że zna wszystkie odcinki już na pamięć.

Ulubiona potrawa?
Zupa pomidorowa + łosoś, ziemniaczki, marchewaka i brokuł na parze.

Ulubiona aktywność na dworze?
Huśtawka - mogłaby się huśtać godzinami, wysoko "aż do listków". Nie boi się żadnej wysokości :)
Rowerek biegowy. Śmiga na nim aż miło popatrzeć :)

Ulubione powiedzonka?
"Już, tylko...", 

Oto Zosia właśnie :)



10 września 2014

10 razy na TAK!

Autor: Matka Browar o 21:08 2 komentarze Linki do tego posta

Kubeł zimnej wody. To takie modne ostatnio... I ja dostałam nominację, ale bez wylewania na siebie wiadra lodowatej wody przelałam pieniążki na wybrany przez siebie cel.

Bo wiecie, jest taki mały ktoś, kto po raz drugi w swoim krótkim życiu musi przebyć daleką podróż. Ten ktoś ma na imię Olek, a miejscem jego przeznaczenia jest Münster. Tak, wierzę w to, że ta podróż jest mu przeznaczona, ale przeznaczeniu trzeba czasem pomóc...
Możesz zapytać - właściwie dlaczego?
Oto moja chaotyczna lista powodów, dla których Olek Spadło MUSI pojechać do Münster. Kolejność zupełnie przypadkowa.

1. Kawa. Espresso, Cappucino, Americano, Latte... Uwielbiacie ją tak jak ja? Wyobrażacie sobie nie znać jej smaku i zapachu? Dajmy Olkowi szansę na rozkochanie się w jej aromacie... 

2. Podróże. Te małe i te duże. Taki na przykład Paryż. Kocham to miasto! Inni wolą Rzym, Londyn, Nowy Jork, Münster... Wszystkie te miasta warto zobaczyć, poczuć ich atmosferę, poznać od podszewki. Może Olek dzięki nam wybierze jedno z nich na swoje miejsce do życia? 

3. Szum bałtyckich fal, tatrzańskie wędrówki, mazurskie spływy kajakowe, świętokrzyskie czarowanie... Bo cudze chwalicie, a swego nie znacie. A czy Olek pozna?

4. Blogosfera. Rozwija się i wciąż ewoluuje. Miliony postów, tysiące tematów. Wyobrażacie sobie, że Olek mógłby w przyszłości założyć bloga, vloga, kanał na YT lub inne cudo i przebić popularnością Kominka, ba, nawet samego SA Wardęgę! I brylować na Gdańsk Blog Forum 2038... Nawet jeśli wybierze zupełnie inną drogę - dajmy mu tę szansę.

5. Miłość. Motyle w brzuchu, randki, dotyk, pieszczoty, orgazm, czułe słówka, bliskość i wsparcie ukochanej osoby. Wiem, wiem, tylko ten orgazm Wam został w pamięci z mojej wyliczanki ;) Cóż, każdy zdrowy mężczyzna nie wyobraża sobie bez niego życia, czyż nie tak jest? Fajnie byłoby, gdyby i Olek kiedyś go doświadczył.

6. Olek to mały facet. Faceci mają różne marzenia. Przejechać się Lamborghini, siedzieć w F16, usłyszeć na żywo warkot Harleya, kupić sobie Mustanga... Pofocić obiektywem Canon EF 24-70 mm f/2.8 II USM lub
Nikkor 85mm f/1.4D IF, poderwać najfajniejszą dziewczynę na roku, wycisnąć 100kg na klatę... Pozwólmy mu marzyć i spełniać te marzenia.

7. Matura. Egzamin na prawko. Obrona magisterska. Rozmowa kwalifikacyjna. Wszystkie te sytuacje wyzwalają w nas sporą dawkę adrenaliny. Adrenalina daje kopa, motywuje do działania. Jak Olek poradzi sobie z tymi egzaminami?

8. Pierwsze samodzielnie przeczytane czytanki. Pierwsza jazda na rowerze bez asekuracji. Pierwszy zjazd na nartach z czerwonego stoku. Samodzielność! To cudowne uczucie móc wszystko! Olek też może wszystko. Może, prawda?

9. Prison Break, Dexter, Grey's Anatomy, Lost, Gra o Tron. Ilu z nas wkręciło się w jakiś serial i oglądało go po nocach? No dobra, powód błahy, ale czasem miło jest zmarnotrawić trochę czasu wpatrzonym w ekran TV/laptopa i przeżyć te serialowe emocje ;) Kto wie co będzie modne za 15-20-25 lat... Olek nam powie :)

10. Dlaczego warto było pojechać do Münster? Może za 20-25 lat Olek stworzy swoją listę 10 powodów, dla których było warto. Chętnie ją wtedy przeczytam. A Wy?

Każdy z nas może pomóc Olkowi poznać i doznać tego, co powyżej.Wystarczy kilka kliknięć 
Tu  i tu oraz tu.

Jeśli chcesz przyłączyć się do akcji i rozpromować ją wśród swoich czytelników - napisz swoich 10 powodów, dla których Olek MUSI pojechać do Münster. Bo przecież każdy z nas jest kopalnią pomysłów :)

05 września 2014

Samo złooo...

Autor: Matka Browar o 16:02 54 komentarze Linki do tego posta
Czegoś tu nie rozumiem...

Jestem w domu z dziećmi od ponad 2,5 roku. Robię to, co robią inne mamy - zajmuję się dziećmi - przewijam, karmię, myję, podcieram, usypiam, wietrzę, spaceruję, zabawiam, książki czytam, przytulam. Zajmuję się domem - gotuję, sprzątam, piorę, robię zakupy i staram się znaleźć w tym wszystkim odrobinę siebie. Szyję na maszynie kiedy mam chwilę, piszę bloga, chodzę na interesujące i rozwijające warsztaty, spotykam się ze znajomymi. Mój wrodzony leń nie ma szans się za bardzo w tym całym chaosie rozpanoszyć...
Od poniedziałku Zosia poszła do przedszkola (to nic, że dziś już smarka na zielono i została w domu...). Niebawem Staś pójdzie do żłobka na 4 godziny dziennie, aby przyzwyczajał się powoli do tego, że od stycznia będzie tam spędzał 8-9h dziennie. Bo od stycznia wracam do pracy. Nie chciałam go dopiero wtedy rzucać na głęboką wodę, posyłając go od razu na cały dzień w obce miejsce. Chcę aby wcześniej się zaklimatyzował, powoli zapoznał ze żłobkiem, z paniami, z dziećmi... Aby odchorował to, co musi na początku odchorować.
I co ja słyszę? Że mi za dobrze, że co ja będę z tym czasem w domu sama robić...
A cholera jasna, że tak brzydko powiem, czy skoro jestem matką to oznacza, że nie mam już prawa do chwili spokoju, ciszy i samotności? Choćbym miała w tym czasie leżeć i pachnieć - czy trzeba to napiętnować? Przecież to, że moje dzieci będą przez te 4h w ciągu dnia poza domem nie zmienia tego, że muszę chałupę odsprzątać, pranie zrobić, zakupy do domu przytargać i obiad ugotować.
Ale nie, jestem wygodnicka. Chociaż to nie ja podsyłam małe dziecko na tydzień do dziadków, żeby spokojnie się wakacjować...

Tak, jest dziś we mnie jad. Jestem przeziębiona, zmęczona i wkurzona.
I miałam ochotę o tym napisać, więc piszę.
I tak, lubię sobie czasami zakląć.

źródło: http://polki.pl/

01 września 2014

Rok Matki Browar - i co dalej?

Autor: Matka Browar o 17:20 28 komentarze Linki do tego posta
Mój drogi czytelniku, w sobotę minął rok, odkąd klikam dla Ciebie posty różnej treści...

Wszystko zaczęło się od tego właśnie posta: No to zaczynamy!

Z okazji tegoż jubileuszu pokusiłam się o nieco statystyk dla zainteresowanych:
  • Powstało w tym czasie 141 postów,
  • Łącznie wyświetlano mnie 76 456 razy,
  • Mój Fanpage na Facebooku polubiliście 478 razy :)
  • Na Instagramie mój profil obserwują 82 osoby.
  • Co ciekawe, najczęściej trafiacie na stronę bloga z Google i z Facebook. 
Szukaliście mnie wpisując w Google fraz:

Jak się okazało, trafiają do mnie ludzie z niemal całego świata. No dobra, muszę się jeszcze dokołatać do Ameryki Południowej, Afryki i Australii ;)

Choć według Google Analitics w sierpniu 20 razy zajrzał do mnie ktoś z Kenii ;)

A może tu siebie znajdziecie? Dane z sierpnia 2014 :) Wyświetlenia w Polsce z podziałem na miejscowości.

Najbardziej lubiliście czytać o:
1. See Bloggers i ja :) - 845 wyświetleń i 18 komentarzy.
2. Aktywności Zosi - 730 wyświetleń i 23 komentarze











Co się przez ten rok wydarzyło?
Zaczynałam pisać jako mama Zosi, ze Stasiem w brzuszku. Potem Staśko przyszedł na świat, wywracając nasze poukładane życie do góry nogami :) Uczyliśmy się siebie, uczyliśmy się na nowo organizować czas i obowiązki. Po drodze ja skończyłam 30 lat, a Zosia  2 latka, wylądowaliśmy w szpitalu, odbyliśmy pełną przygód rodzinną podróż do Paryża, a ja spełniłam swoje marzenie z dzieciństwa. Odkryłam w sobie nową pasję, nauczyłam się żyć w dziecięcym bałaganie i osiągnęłam nie lada sukces ;) Ciekawy to był rok, pełny nowych wyzwań i przygód.
Wena raz jest raz jej nie ma...
Jestem obecnie na rozstaju dróg. Raz po raz zadaje sobie pytanie czy jest sens dalej prowadzić tego bloga... Wydaje mi się, że zatraciłam koncepcję na jego rozwój, zatraciłam wiarę w to, że mogę zawojować polski internet ;) A tak serio - czasem po prostu nie mam ochoty pisać, choć zawsze temat się znajdzie.

Czytelniku drogi, Tobie zadaje pytanie. Pisać czy nie pisać? Za co lubisz lub dlaczego nie lubisz mojego bloga? Zaglądasz tu regularnie, czytasz każdy post czy wpadasz raz na jakiś czas i odchodzisz zniesmaczony? Cenie szczerość. Można komentować anonimowo :P

Dziękuję Ci Czytelniku za ten wspólny rok!




 

Matka Browar w Niemczech Copyright © 2010 Designed by Ipietoon Blogger Template Sponsored by Emocutez