01 września 2017

Niemieckie przygody familii Browar

Autor: Matka Browar o 13:09 6 komentarze Linki do tego posta
I co powiecie kochani na to, że wszystko wskazuje na to, że ten blog trochę odżyje?

I jak się zupełnie przypadkiem okazuje, nowy post pojawia się dokładnie 4 lata po wystartowaniu tego bloga. Bo wiecie jak to jest – w moim przypadku ten blog to takie trochę okno na świat. Tak było kiedy powstał, a ja potrzebowałam okna na świat siedząc z dziećmi w domu. I tak jest teraz, kiedy z racji wywrócenia mojego świata do góry nogami znowu takiego okna mi potrzeba...

Co się wydarzyło przez ostatnie 2 lata?
W telegraficznym skrócie: zwiedziliśmy trochę świata, poznaliśmy fajnych ludzi. Ja zmieniłam pracę na taką, gdzie wreszcie docenia się moją kreatywność, zapał do działania i to, że jestem pokręcona ;) Dzieci podrosły, nasze ciasne M zrobiło się zdecydowanie ZA ciasne, kupiliśmy więc większe na tym samym osiedlu, aby nie opuszczać tego uwielbianego przez nas NASZEGO małego świata, wspaniałych ludzi, wydeptanych naszych ścieżek, świetnego przedszkola. Fajne, duże mieszkanie z dużym jak na osiedle w mieście ogródkiem. Planowaliśmy jego wykończenie, wykonawca już poprzestawiał ściany pod nasz projekt... I nagle wtedy przyszła propozycja:

Przenosimy się do Niemiec!
Za wszystko odpowiedzialna jest oczywiście firma mojego męża ;) Okazało się, że rynek jest tu tak duży, że potrzeba kogoś do jego obsługi na miejscu, a nie jak dotąd – z doskoku. Nie był to bynajmniej przymus – decyzję o przeprowadzce podjęliśmy wspólnie, poprzedzając ją wieloma godzinami rozmów i rozpatrywania wszystkich za i przeciw. Podjęliśmy ją nie tylko ze względu na oczywiste profity finansowe, ale przede wszystkim na chęć przeżycia czegoś nowego, poznania innej kultury, ludzi, języka... I przeżycie tego całą rodziną, co może nas tylko umocnić! 

Reakcje bliskich
Jak się domyślacie, najbardziej emocjonalnie zareagowała rodzina. Nie obyło się bez żalu i zarzutów, że zrobimy krzywdę dzieciom. Za to zdecydowana większość znajomych gratulowała nam odwagi i utrzymywała w nas przekonanie, że to będzie fantastyczna przygoda. I tak też ja do tego podchodziłam, więc w końcu i rodzina pogodziła się z myślą o naszym wyjeździe :)

Przygotowania
Od podjęcia decyzji do godziny ZERO (1 sierpnia 2017) był prawie rok, mieliśmy więc sporo czasu na ogarnięcie wszystkiego – sprzedaż tego dopiero co kupionego mieszkania, pozamykanie pewnych spraw w Krakowie, pozbycie się nadmiaru dobytku, znalezienie mieszkania i przedszkola na miejscu oraz naukę języka. Dzieci zaczęły chodzić na niemiecki do Instytutu Austriackiego w Krakowie, my z Przemkiem rozpoczęliśmy naukę z lektorką przez Skype (polecam! Ogromnym plusem jest elastyczność czasowa i lokalizacyjna takiego trybu nauki. Raz lekcje odbywały się w poniedziałek o 21, kiedy dzieci spały, innym razem o 9:00 w sobotę w domu taty w Kielcach). Dla mnie było to przypominanie sobie tego, czego nauczyłam się w liceum, a że zawsze lubiłam ten język miałam więc z nauki prawdziwą frajdę. 
Ogromnie istotną dla mnie kwestią było także oznajmienie mojemu szefowi, że za kilka miesięcy będę musiała wyjechać... Po raz kolejny jednak szef pokazał, że jest po prostu fajnym człowiekiem. I że jest zadowolony z mojej pracy ;) W efekcie ustaliliśmy, że będę mogła kontynuować wykonywaną przeze mnie pracę on-line, z Niemiec. I tak też czynię!

Poszukiwania lokum
Okazało się, że to wcale nie jest taka prosta sprawa. Portale niby aż kipią od mieszkań i domów na wynajem, ale najwyraźniej rodzinka z Polski z zatrudnieniem w polskich firmach nie była dla wynajmujących na tyle wiarygodna, żeby w ogóle podjąć z nami korespondencję. Jednak kto mnie zna ten wie, że jestem uparta i szybko się nie poddaję ;) Szukałam więc i korespondowałam z wieloma wynajmującymi, a Przemek jeździł i oglądał mieszkania/domy na miejscu. Kilka castingów przegraliśmy, ale w końcu udało nam się znaleźć naprawdę fajne miejsce dla naszej rodzinki. Segment w szeregowcu z małym ogródkiem i 3 piętrami użytkowymi plus piwnica :P I trzy łazienki!!! Czy potraficie sobie wyobrazić naszą radość z tego, że WRESZCIE mamy oddzielną sypialnię???!!!! I radość z tego, że dzieci osobno mają swoją sypialnię, a osobno bawialnię? Tak – nadal śpią w jednym pokoju, bo gdy tylko dowiedzieli się o wyprowadzce, właśnie tak sobie zastrzegli. A ja nie mam zamiaru ich od tego odwodzić, póki tego oboje chcą. Kiedyś pewnie przyjdzie moment na przenosiny do osobnego pokoju. 
Tym więc sposobem staliśmy się najemcami segmentu w Bad Lippsringe, pięknym miasteczku uzdrowiskowym w Nadrenii Północnej-Westfalii.

Poszukiwanie przedszkola
Mimo, że nawet wynajmująca ostrzegała nas, że znaleźć miejsce w przedszkolu w tym mieście graniczy z cudem – i to jeszcze dwa w jednym! to mnie się to udało w 5 dni ;) Wystarczyło 6 maili, no i jest :) To, co mi się spodobało, to jedna osoba odpowiedziała za koordynację wszystkimi przedszkolami w mieście. Oczywiście, moja wrodzona niecierpliwość kazała mi napisać oddzielne maile do kilku różnych przedszkoli, kiedy rzeczona kobitka przez 4 dni mi nie odpisywała ;) Ogromnie pozytywnie zaskoczył mnie odzew – odpisały mi wszystkie te przedszkola, a pomimo że 4 z nich negatywnie, każde w uprzejmy i serdeczny sposób wyjaśniło mi dlaczego i gdzie powinnam się skierować. I wszyscy życzyli powodzenia w poszukiwaniach i dobrego startu w Niemczech! Jedno natomiast odpisało, ze owszem ma 2 miejsca, ale aplikacja powinna nastąpić przez koordynatorkę, tak więc potem sprawy wzięła w swoje ręce właśnie ta pani i tym sposobem mamy przedszkole 6 min spacerem od domu :)

Pożegnania
Rok minął jak z bicza strzelił i nadszedł lipiec – czas pożegnań. W każdym tygodniu było ich masę – z ludźmi z pracy, z moją babską paczką, z sąsiadami, z przyjaciółmi, z rodziną... Mnóstwo pozytywnych spotkań, masa uśmiechów, słów troski i otuchy, życzeń powodzenia, obietnic odwiedzin i deklaracji pomocy w potrzebie... To ogromne szczęście mieć tych wszystkich ludzi wokół siebie. To ogromnie budujące wiedzieć, że ma się tyle dobrych dusz wokoło. I choć wiem, że część z tych relacji może się z czasem przez tą rozłąkę rozluźnić – jestem losowi ogromnie wdzięczna za to, że każdą z tych osób postawił na mojej drodze :) To że każdy z nich pojawił się w moim życiu, że odegrał w nim jakąś rolę jest dla mnie ogromnie ważne.Błagam, nie zabijcie mnie za wrzucenie tu tych wszystkich zdjęć :P

Państwo W i my :)

Tata i jego 2 córy

Rodzinka

Pożegnanie warszawskie – fantastyczna ekipa kielecka u mojej siostry

Moje Lachony – ale Madzi brak!

Z Tatą przed koncertem Depeche Mode

Prezent od rodzinki

Prezent od rodziny. "Szczęście sprzyja odważnym..."

Nie ma jak rodzinka


Ostatnia kawka z Iwonką


Sąsiedzi. Przez duże S!!!

Totalnie ostatnie z ostatnich pożegnań – spijamy resztki z Madzią ;)


Final countdown... 
Ostatnie dni, ostatnie pożegnania i pakowanie naszego dobytku rozdarło mi serce... 
Po raz kolejny okazało się, że mam na kogo liczyć dosłownie o każdej porze dnia i nocy, kiedy to o 1 w nocy poprzedzającej nasz transport przeprowadzkowy brakło mi taśmy do zaklejania pudeł. w ruch poszedł nasz osiedlowy Facebook i po 10 min taśma była na wycieraczce...
Niech moje ówczesne emocje odda Wam fragment posta, którego opublikowałam ostatniej nocy przed wyjazdem:
"Za chwilę po raz ostatni zasnę w naszym bezpiecznym, pierwszym własnym gniazdku. Dziś już pustym jak wydmuszka, ale tak bardzo pełnym wspomnień. Wspomnień rozmów, namiętności, imprez, momentów tak znaczących jak pozytywny test ciążowy, wniesienie naszych nowonarodzonych dzieci w te progi...
Za 10 godzin ruszymy daleko stąd. Nie boję się tego co przyniesie nam przyszłość, bo będziemy razem naszą rodzinką, a razem możemy Wszystko, jesteśmy supermocni! Cieszę się na nowe przygody, znajomości, doświadczenia. Cieszę się na to wszystko ogromnie, bo jak wczoraj usłyszałam, mam apetyt na życie... Mam ogromną nadzieję że tak jak TU przyciągaliśmy dobrych ludzi, tak przyciągniemy ich to siebie też TAM... Nie boję się tego.
Natomiast boję się tego, że tracę coś bezpowrotnie.
Boję się jutro po raz ostatni zamknąć drzwi od tego co Moje... Po raz ostatni wyjechać za tą zieloną bramę, mówiąc że wyjeżdżam z domu... Fajnego Domu. Mojego OSIEDLA. Mojego Krakowa.
Drodzy. Bądźmy w kontakcie..."
 Przed
Po
A wszystko jest tu...

Zatrzaśnięcie drzwi
To był cholernie ciężki moment. Przekręcając klucz po raz ostatni na chwilę straciłam dech. Ogromnie się cieszę, że miałam wtedy przy sobie mojego Tatę (Przemek pojechał z transportem i z teściem dzień wcześniej aby zdążyć trochę rozładować przed moim przyjazdem z dziećmi), bo bez niego całkiem bym się rozsypała. Prowadził przez większość trasy, a ja mogłam nieco się pozbierać i zając się dziećmi.
Nasze drzwi...

No i jesteśmy :)

A o tym jak nam tu jest, co porabiamy i co nam się tu podoba i zaskakuje przeczytacie w kolejnych postach :)

21 kwietnia 2015

Koncertowy ultras, czyli jak to było z tą flagą?

Autor: Matka Browar o 15:46 18 komentarze Linki do tego posta
Fot. ANDRZEJ BANAS / GAZETA KRAKOWSKA

Kochani,
od kilku dni żyję w jakimś totalnie nierealnym świecie. Znacie mnie już trochę i wiecie, że jak się cieszę - to całą sobą, jak smucę - podobnie. Jestem więc od piątku w totalnie ekstatycznym nastroju. Nie potrafię i nie bardzo chcę wrócić do "normalnego" życia. Nie po takich emocjach, po takim wydarzeniu. Mam poczucie przeżycia i dokonania czegoś absolutnie wyjątkowego. W końcu nie codziennie udaje mi się doprowadzić światowej sławy artystę do wzruszenia :)


"And then comes the evening that makes life worth living..."
                                             King Of Bloke And Bird - Robbie Williams


Ale zacznijmy od początku.
Pisałam Wam, że wybieram się na koncert Robbiego Williamsa w Krakowskiej Arenie. Pisałam też, że niecały tydzień przed koncertem postanowiłam sprawić, aby podczas utworu Angels cała Arena zamieniła się w biało-czerwoną flagę. Utworzyłam więc wydarzenie na Facebooku -
Flaga na Koncercie Robbiego Williamsa w Krakowie! - i od razu przyłączyła się do mnie fantastyczna osoba - Asia, zupełnie mi wcześniej obca. We dwie postanowiłyśmy dokonać niemożliwego - dotrzeć z informacją o fladze do jak największej ilości osób, które miały być na koncercie. Wiem - flagi już były. Tą pierwszą, na U2 organizowano w kilka miesięcy. A naszą w tydzień!

Cały tydzień poprzedzający koncert to była nasza totalna mobilizacja. Szczerze przyznam, że nieco zaniedbałam dom, a i dzieci miały mnie trochę mniej niż zwykle... Setki maili, telefonów, wiadomości na FB. W międzyczasie przyłączyła się do nas cała masa fantastycznych, bardzo zaangażowanych osób, które wspierały nas w naszych działaniach.

Pierwszy napisał o nas Onet (dziękuję Kamila!!!), A potem się rozkręciło.
W poniedziałek wieczorem zadzwonił do mnie Darek Maciborek z RMF i poprowadził rozmowę na żywo na temat planowanej akcji - do odsłuchania tutaj:

We wtorek Asia udzielił wywiadu dla Radia KRK.FM:


Pisała też o nas papierowa i internetowa Gazeta Wyborcza, i jeszcze raz Onet, portal Eska.pl, Radio Kraków. Nasze wydarzenie udostępniała Tauron Kraków Arena, Live Nation, Koncertomania, Perfect Vip, AMS, a także Dorota Wellman, Wroclawianin.pl, Regiony-Regionem. Info o wydarzeniu pojawiło się też na stronach: fejsbuka.pl, streamsvid.pl, heyevent.com To nie mogło się nie udać!

W dzień koncertu wzięłam wolne - absolutnie nie wchodziło w grę, abym w ten dzień mogła skupić się na pracy! Od rana kompletowałam zestaw koncertowy, w ramach którego znalazła się oczywiście ryza papieru do rozdania na trybunach.


Na dwie godziny przed koncertem na spontanie stworzyłam banner - który jak się później okazało był jedynym na trybunach. Robbie musiał go widzieć ;) Wtajemniczeni wiedzą, że gdy skończyła mi się czerwona farba i zanim zostałam poratowana jej nową dostawą, do napisu LOVES użyłam ketchupu :P Bo dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych :D


fot.Andrzej Szczepanik

Na koncert wybrałam się z grupą znajomych. Już w drodze towarzyszyły nam ogromne emocje, entuzjazm sięgał zenitu! Już na miejscu przed Areną i w środku rozdaliśmy setki kartek papieru, wtajemniczając nieświadomych w tajniki naszej akcji.
Wydawało się, że mało kto wie o akcji flaga... Prawdę mówiąc byłam przerażona że to wszystko się nie uda, że flaga nie wyjdzie i że będzie gigantyczny blamaż... W tłumie spotkałam znane mi już wirtualnie dziewczyny, które udzielały się w naszym fejsbukowym profilu akcji Flaga i też rozdawały na miejscu kartki. Widziałam w ich oczach motywację i wiedziałam, że jest nas tam więcej - to dało mi nadzieję na powodzenie akcji :)

 Fot. Ewa Korenik


W końcu, po supporcie i długim oczekiwaniu rozbrzmiały pierwsze dźwięki Let me Entertain You. Od tej chwili totalnie się zatraciłam, wpadłam w ekstazę i trwam w niej do dziś!!!
KONCERT był FENOMENALNY, Robbie dał absolutnie mistrzowski pokaz swoich możliwości :) Każdy utwór poprzedzały żarty, opowieści, dialog z publicznością. Nawiązał z nami fantastyczny kontakt i było widać, ze obie strony dobrze się bawią :)

Początek koncertu:



Przy piosence Candy Robbie wyciągnał na scenę jedną z naszych Flagowych zaangażowanych - Karolinę :) SZCZEŚCIARA!!! Do dziś nie może się otrząsnąć i wcale się jej nie dziwię :) Mało kto ma okazję wylądować z Robbiem w łóżku ;)





Przy innym utworze naszej koleżance Justynie udało się wręczyć Robbiemu koszulkę reprezentacji Polski, którą założył i w której odśpiewał połowę koncertu. Robbie zabawnie skomentował nieco przyduży wg siebie rozmiar koszulki, ale wyraźnie mu się podobała. Fantastyczna niespodzianka i zgrabny wstęp do naszej późniejszej akcji :)




Fot.Agnieszka Mrożek

I tak szaleliśmy przez pełne 2 godziny. Ogromne owacje publiczności, uśmiechy Robbiego, basy odczuwane w całym ciele.
Aż nadszedł "koniec". Doskonale znaliśmy setlisty z poprzednich koncertów i wiedzieliśmy, że będą dwa bisy.
Pierwszy z nich - cover Bohemian Rhapsody powalił nas na kolana! Robbie doskonale poradził sobie z tym kultowym utworem i sprawił, że nasz entuzjazm sięgnął zenitu!


I to właśnie wtedy rozbrzmiały pierwsze takty Angels. To właśnie wtedy w górę powędrowały białe i czerwone kartki. To właśnie wtedy moje serce niemal nie wyskoczyło mi z piersi.

TO JEST TA CHWILA!!! 

Przez kilka pierwszych chwil miałam wątpliwości, że to się uda. Ale z każdą sekundą kartek przybywało i powstała autentyczna FLAGA!!!

Photo by ANGEL-FOTO 

"AŚKA, DAŁYŚMY RADĘ!!!!"

Jeśli chcecie usłyszeć moją HISTERYCZNĄ radość z fantastycznie udanej akcji - oto filmik mojego autorstwa. Na końcu słowa Robbiego, który wydawał się być prawdziwie zaskoczony naszą niespodzianką: "Beautiful Poland! Beautiful! That Was such a beautiful surprise!..."


Kiedy usłyszałam jego podziękowania, zawirowało mi w głowie.

Coś takiego się przecież nie zdarza!

A jednak!
Zdarzyło się!
Ja i Asia z ogromnym wsparciem mediów i wielu fantastycznych osób dokonałyśmy niemożliwego!

Płakałam. Nie wstydzę się przyznać, że wręcz zanosiłam się płaczem i dłuuugo nie mogłam się uspokoić.

Ale dopiero gdy w niedzielę zobaczyłam te trzy poniższe filmy, rozpadłam się na milion kawałeczków. To dopiero na nich widać autentyczne zdziwienie, zaskoczenie, a potem zafascynowanie na twarzy Robbiego.

Jego twarz powie Wam wszystko. Zobaczcie jak się rozglądał z niedowierzaniem!!! "WTF?" Rozglądał się po całej hali, bo jak później napisał - na początku myślał, ze to tylko osoby w pierwszych rzędach trzymają czerwone kartki. A potem nagle, w okolicy 1:46 na sali rozbłyskają światła i wszystko staje się jasne :) Okazuje się, że są nas tysiące! Kilkanaście tysięcy :) Autentyczny Szok, niedowierzanie, zdziwienie, wzruszenie? 2:13 i 2:29 to nawet szkliste oczka :) I ten uśmiech w 2:25!!! Ucałowana scena, gesty uznania i piękne słowa podziękowania w naszym kierunku :)



A tu w okolicy 2:16 widać moment, w którym rozbłyskają światła i nagle do Robbiego dociera, że to Cała Arena stała się żywą flagą Polski!




Robbie mówi WOW!
Tu chwilami widać całą arenę. W 2:32 uśmiech, który jest najcudowniejszą nagrodą za nasze starania! W 4:10 pada słowo WOW! A potem raz jeszcze w 5:03 :) I na koniec najwspanialsze podziękowania :)


A tu widać całą Arenę i całą flagę, podziękowania Robbiego też są w całości wraz z fragmentem Angels zaśpiewanym A capella:


A tu chyba najlepiej widać moment w którym rozbłyskają światła:



 Wzruszony Robbie, Fot.Agnieszka Mrożek

 Wzruszony Robbie, Fot.Agnieszka Mrożek

Fot. Iza O-as

TU możecie obejrzeć cały koncert. TU też.

Chyba już rozumiecie, dlaczego wciąż nie mogę dojść do siebie?

Podsumowanie moich emocji: absolutna euforia, totalna histeria i poczucie dokonania czegoś wielkiego! Rozumiecie to? 2 x WOW z ust Robbiego Williamsa. W TYDZIEŃ!

 Niedługo po koncercie na Twitterze Robbiego pojawiły się podziękowania, które mówią wszystko!


Jest jeszcze coś. W sobotę Asia rozmawiała z samym Robbiem na Live Chacie na Upfront. Wiecie co napisał, kiedy dowiedział się, że flaga to jej i moja sprawka?



 BOWS DOWN!!!

Myślicie że po tym wszytskim mogłam spać? A gdzie tam! 
Ale już dzień później wraz z mężem byłam w sobotę na ABSOLUTNIE FANTASTYCZNYM weselu naszych przyjaciół. Młodzi wyglądali jak para z czołówek gazet!


Mój P. pełnił tam rolę świadka i moim zdaniem świetnie z niej wybrnął. Biegał między stolikami, integrował się i prezentował jak model :D A ja na fali pokoncertowych emocji dałam totalnie czadu!!! Do 6 rano niemal nie schodziłam z parkietu, co zresztą było zasługą fantastycznego DJ, świetnej atmosfery i rzeszy starych dobrych znajomych :) Szaleńcy doprowadzili mnie do łez zamawiając Angels z cudowną dedykacją odnośnie koncertu i flagi. Było cudownie! Miałam niespożyte pokłady energii (której w chwili obecnej nieco już brakuje, bo zamiast spać pisze posta i oglądam filmiki z koncertu) i zostałam nazwana wulkanem energii i  petardą :) Po ś.p. mamusi ;) Dzieci zostały z dziadkami, można więc było bezstresowo oddać się szaleństwu :)





A w trakcie wesela miałam znowu gorący telefon z RMF :) Tym razem dzwonił Marcin Jędrych i pytał o efekty akcji Flaga. Tym razem obyło się bez kompromitacji :P Do odsłuchania tu:


Swoją drogą, RMF sucham od 8 klasy podstawówki, bardzo lubię Jędrycha i Maciborka i nigdy bym się nie spodziewała, że będą do mnie wydzwaniać ;) Życie płata figle :D

Kochani, bo życie jest piękne!

Dziękuję wszystkim, którzy w ten weekend przyczynili się do tego, że to czuję. DZIĘKUJĘ!!!!!!!!!!!!!!

A już po  wszystkim o naszej akcji napisała m.in Interia.pl, Dziennik Zachodni, Gazeta Wyborcza, Muzyczne Wędrowanie, Qult Qultury
Więcej zdjęć z koncertu: TU

13 kwietnia 2015

Co może zrobić crazy fanka?

Autor: Matka Browar o 23:40 8 komentarze Linki do tego posta
Kto mnie zna, ten wie, ze jestem pozytywnie zakręconą wariatką. Że jak się w coś zaangażuję, to pochłania mnie to bez reszty, wchodzę w to całą sobą. Że jak jestem nakręcona, to nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych :)

Właśnie to dzieje się ze mną w ostatnich dniach. W piątek, 17 kwietnia w moim Krakowie zagra mój Robbie Williams. Bilety mam już od listopada, a emocje z każdym dniem coraz silniejsze. I właśnie na fali emocji, w sobotni poranek, niecały tydzień przed koncertem, tuż przed wyjściem do pracy postanowiłam utworzyć na Facebooku wydarzenie "Flaga na Koncercie Robbiego Williamsa w Krakowie!"

O co chodzi? O to, aby zaskoczyć Robbiego! Podczas ostatniej, najbardziej znanej i lubianej piosence ''Angels'' chcemy zamienić Kraków Arenę w ogromną biało-czerwoną flagę! Sprawa jest prosta - kto ma miejsce na trybunach, ten przynosi białe kartki, osoby na płycie i w Inner pit - czerwone. Można zabrać kilka kartek, aby rozdać wokoło, albo nawet ryzę białego lub czerwonego papieru i rozdawać w kolejce. Jeśli nie macie kartek - bierzcie, co tylko macie w odpowiednim kolorze - ręczniki, swetry, chusty. Sprawmy Robbiemu wzruszającą niespodziankę! Niech zapamięta koncert w Krakowie jako wyjątkowy :)

Był to wspólny pomysł mój oraz Asi A. Wyobraźcie sobie - dwie totalnie sobie obce dziewczyny postanawiają zrobić coś razem. I robią! Poruszają przysłowiowe niebo i ziemię, aby mimo weekendu i jedynie kilku dni dzielących je od koncertu dotrzeć z informacją o planowanej akcji do jak największej ilości Fanów Robbiego.
Najpierw napisał o nas Onet.
A potem się posypało.
Nasze wydarzenie udostępniła na swoim FB m.in. Dorota Wellman, Tauron Kraków Arena, organizator koncertu Live Nation Polska, oraz większość sponsorów koncertu - Perfect VIP, AMS, RMF FM, Koncertomania.pl. Udostępniają znajomi, jest coraz większy szum. A dziś, właśnie dziś o 21:30 zadzwonił do mnie sam Darek Maciborek z RMF i na żywo, na antenie wypytał o szczegóły naszej akcji! Mało nie spłonęłam z wrażenia, a moja ostatnia kwestia sprawiła, że śmieje się ze mnie 1/3 Polski, ale co tam ;) Warto!

To się musi udać! Zaskoczymy Robbiego i pokażemy mu, że Polska go uwielbia!
A ja sama sobie pokażę, że coś, co z pozoru wydaje się niemożliwe, jeśli tylko się chce jest realne! Wszystko dzięki zaangażowaniu i zapałowi fanów, zupełnie obcych sobie osób, które skrzyknęły się na Facebooku.
Akcja jest w toku. Jeśli wybieracie się na koncert, lub wybiera się na niego ktoś z Waszych znajomych - zapraszam do naszej FLAGI :)

A oto własnej produkcji fotki Robbiego z koncertu w Berlinie w 2006 roku. Tak, pojechałam dla niego aż do Berlina, wraz z P. :) To był mój prezent imieninowy :D Jednak tym razem tak blisko sceny nie będę... :)










22 marca 2015

Marcowo. Jak feniks z popiołów...?

Autor: Matka Browar o 21:55 13 komentarze Linki do tego posta
Ostatnio strasznie dużo się u nas dzieje.
Pytacie, dlaczego nie piszę... Otóż nie nie piszę, bo nie mam kiedy... Szyć też nie szyję...
Mam wrażenie, że non stop biegnę - do pracy, w pracy, potem po dzieci, a w domu wcale się nie zatrzymuję - biegam dalej, aż do wieczora. Dobrze mi z tym, że moje dni są tak aktywne, ale gdy nadchodzi wieczór i chwila rozluźnienia - momentalnie padam i ponoć chrapię ;) Tak więc pozostają 2-3 godziny wieczorem, kiedy mam czas dla siebie, dla męża... W tym czasie chciałabym coś poczytać, obejrzeć, porozmawiać, pouczyć się, poćwiczyć, uporządkować parę spraw, zajrzeć na FB... Codzienna pobudka o 5:30 lub 6 motywuje do tego, żeby nie przeciągać wieczorów w nieskończoność... Szkoda że czas nie jest z gumy. Tak więc biegnę. Bieganina trwa też w mojej głowie. Nieustająca gonitwa myśli.
Ostatnio ocknęłam się, że biegnę nawet po galerii handlowej, choć nigdzie nie musiałam się spieszyć.
Taki długodystansowiec się ze mnie zrobił ;)



Sytuacja kadrowa w mojej firmie po raz trzeci w ciągu trzech miesięcy mocno zmieniła kontekst mojej osoby w całej strukturze. Niedawno zaufano mi na tyle, że objęłam kierownictwem jeden z działów. Oprócz poczucia, że wreszcie mnie doceniono oznacza to więcej obowiązków i presję - czy podołam? Sytuacja kadrowa pogarsza się coraz bardziej i nie ma nadziei na to, że cokolwiek w tej kwestii się poprawi. Dlatego całkiem często zdarzają mi się pracujące popołudniówki, soboty, a nawet niedziele. Co na to Przemek? Cóż, nie jest zadowolony... Jednak ja jestem szczęśliwa że pracuję, że każdego dnia moją głowę zaprząta setki spraw nie związanych z domem. Że codziennie mam powód by ładnie wyglądać i wyjść z domu. Wtedy powrót do niego cieszy dużo bardziej :) Chcę się rozwijać, chcę od siebie więcej i więcej. Dlatego w ramach pracy zaczęłam, a właściwie kontynuuję dawno przerwaną naukę języka niemieckiego.






Dzieciaki rosną. Zosia w minioną środę skończyła 3 latka. Z każdym dniem staje się coraz mądrzejszą, rezolutną i ciekawą świata dziewczynką. Mimo moich starań nie jestem w stanie zniwelować jej nieśmiałości i zdystansowania. Po prostu staram się pogodzić z tym, że Zosia ma zupełnie inny charakter niż ja :) Świetnie sobie radzi w przedszkolu, cudownie tańczy i śpiewa, mając z tego wielką frajdę. Kto wie, może kiedyś będzie chciała robić to na większą skalę? Uwielbia też wszelkie zajęcia plastyczne i nieźle sobie z nimi radzi.

I mówi, dużo, pięknie i mądrze mówi :) Zadaje pytania, zapamiętuje odpowiedzi, przetwarza je po swojemu i niekiedy totalnie zaskakuje nas swoimi przemyśleniami. I nie przemija jej miłość do książek. W przedszkolu ma ulubione koleżanki, a zwłaszcza kolegów :D Wkroczyła w okres zachwytu księżniczkami, powoli więc zalewa nas fala gadżetów z Jej wysokość Zosią. Oto kilka fotek z jej trzecich urodzin :)












Staś to totalne przeciwieństwo Zosi. Mały rozkoszny łobuziak, który z uśmiechem na ustach broi patrząc mi prosto w oczy ;) Potrafi nagiąć moją cierpliwość do granic możliwości, ale jak tu się złościć na takiego słodziaka? Ulubieniec Cioć w żłobku, mały żarłoczek, którego wszędzie pełno. Już teraz nie mam obaw - on sobie w życiu poradzi :) Robi się coraz bardziej samodzielny. Wszędzie wejdzie, wspina się na stół, na wc, na wszelkie dostępne wyższe powierzchnie. Wszystkiego musi dotknąć, wszędzie zajrzeć. Coraz więcej rozumie, zna domowe rytuały - sam wyrzuca swoją pieluszkę i chusteczki higieniczne do kosza, próbuje zgniatać nogą puste butelki po wodzie, po powrotu ze spaceru biegnie do łazienki myć rączki. Jest rozumny i pogodny, choć równie mocno potrafi wyrazić swój sprzeciw i niezadowolenie :) W domu nie potrafi się na dłużej przy czymś skupić, w żłobku uczestniczy w zajęciach plastycznych i ponoć słucha Cioć ;) Wciąż nie zgłębiłam wiedzy jak one to robią, bo mnie się to nie udaje... ;)







Szczerze powiem, że wraz z powrotem do pracy mocno odrodziłam się też towarzysko. Średnio raz na tydzień, dwa zaliczam babski wypad - teatr, kino, knajpka, domówka... :) Mocno wspiera mnie w tym mój cudowny mąż, widząc że tego potrzebuję. Zawsze byłam osobą łaknącą obecności innych ludzi i zamknięcie w domu totalnie mi nie służy. Zdecydowanie nie powiedziałabym o sobie, że jestem domatorem. Dlatego P. umożliwia mi te moje wypady, zostając wtedy z maluchami. Dacie wiarę, że w czwartek zapakował dzieci w auto i wywiózł na 4 dni do Kielc, dając mi mój pierwszy odkąd zostałam mamą wolny weekend z wolną chatą? Jasne że skorzystałam - najpierw wypucowałam całe mieszkanie, potem ruszyłam na shopping. W piątek zrobiłam babski wieczór z moimi sąsiadeczkami, z zastawionym pysznościami stołem i z dużą ilością wina :D I co najlepsze, bez przeszkód mogłam ten wieczór odespać do południa :) Wczoraj natomiast balowałam na wieczorze panieńskim na krakowskim Kazimierzu. Same imprezy! Zdjęć nadających się do publikacji nie posiadam - ostatnio i to podupadło ;)
Dziś moja słodka ekipa wróciła :) Trochę się za nimi stęskniłam, ale nie ukrywam, że było mi dobrze przez chwilę samej :) Poczytałam, nadrobiłam serialowo-programowe zaległości i odespałam :)

Jak widzicie - nie nudzę się... Czasem jednak tęsknię za blogiem i za Wami, Waszymi komentarzami i oznakami Waszej sympatii. Nie obiecuję, że będę się pojawiać częściej niż ostatnio. Brak czasu, a często też weny i motywacji powoduje, że Matka Browar odchodzi w zapomnienie. Mam jednak masę sygnałów, że trochę za nią tęsknicie. Miło mi i dziękuję Wam za to, że przez te półtora roku jej istnienia tak ją polubiliście. Będę się starała czasem napisać co u nas.

Tymczasem wiosennie Was pozdrawiam!

 

Matka Browar w Niemczech Copyright © 2010 Designed by Ipietoon Blogger Template Sponsored by Emocutez