28 lutego 2014

Pierwszy Bal Karnawałowy Zosi

Autor: Matka Browar o 15:51 21 komentarze Linki do tego posta
Spieszę donieść, że moja mała Zofijka odbyła wczoraj swój pierwszy w życiu Bal Karnawałowy!!!
Szanowny P. został wcześniej ściągnięty z pracy celem zaopiekowania się naszym młodszym potomkiem, a my z Zosią udałyśmy się na pierwszą wyjściową imprezę serii matka z córką :D
Był to bal dla "blogerskich dzieci" i nie tylko (jak się okazało), organizowany przez 2 świetne babki - Lenkowo mi i Mysophie.pl. Dziewczyny odwaliły kawał dobrej roboty, wybrały świetną miejscówkę - kawiarnia dla dzieci w ścisłym centrum Krakowa - LikeKonik. Zapewne niebawem zawitamy tam raz jeszcze - z całą familią :)


Bal był wielce udany! Była część artystyczna, taneczna, muzyczna... Jednak moja Zosia okazała się nieco aspołeczna, bo zamiast słuchać pań animatorek i tańczyć, grać i malować z dziećmi wolała wspinać się po zamku, zjeżdżać na zjeżdżalni, bawić klockami i wsuwać ciasteczka. Te ostatnie w domu pochowane, więc jeśli gdzieś poza domem je dorwie to nie ma zmiłuj... Ale co tam, to był Tłusty Czwartek, pozwoliłam jej więc nawet na 3 gryzy pączka oraz na lizaka!!! Cóż za rozpusta, rany Boskie!



Także tak - kiedy za namową animatorek porzuciłam dziecko pod ich opieką i poszłam się integrować przy kawie - po 10 min biegłam z powrotem wiedziona Zofinym płaczem. Trzeba by niedługo oddać dziecię do przedszkola, bo mi całkiem zdziczeje ;)

Zosia była totalnie zafascynowana jedną z dziewczynek - kocicą :) Wodziła za nią wzrokiem i powtarzała: "Mama, kotek!". Ja natomiast byłam urzeczona dwiema Roszpunkami, boską Pszczółką oraz małą Góraleczką - brawa dla mamuśki za rewelacyjny strój!!!
Co do stroju - jak widzicie Zosia przebrana była za małą hiszpaneczkę ;) Matka się postarała i pożyczyła z różnych źródeł 5 strojów, ale wybór córy padł właśnie na ten. I w sumie bardzo dobrze się stało, bo w czerwonym jej do twarzy i będąc mało obiektywną uważam, że wyglądała uroczo :)

Z balu wyszłyśmy ze sporą ilością giftów, za które bardzo dziękujemy. Stachu np stał się posiadaczem kremu do twarzy Oillan i butelki Chicco, Zosia zafasowała spineczkę do włosów od La Lilu, malowanki, kredki... Sponsorzy się spisali :) Oto oni - w komplecie.
Źródło - natalkowo.pl

Jeśli zaś chodzi o moje własne wrażenia - udało mi się poznać kilka fajnych mamusiek-blogerek, które zamierzam podczytywać, lub też kontynuować ich podczytywanie wzbogacona o znajomość w realu ;) Zobaczyłam na żywo śliczną Lenkę z Lenkowo mi, zjadłam 2 pyszne pączusie, odkryłam fajną Kids friendly miejscówkę i spędziłam quality time z córką - bez konieczności dzielenia go na 2 dzieci. Same pozytywy :)

Z niecierpliwością czekamy na fotorelację od Tomasz Dziedzic



25 lutego 2014

Spełnienie marzeń z dzieciństwa :)

Autor: Matka Browar o 20:31 28 komentarze Linki do tego posta
Po 10 dniach fantastycznych ferii Matka wraz z rodzinką wróciła wczoraj do Krakowa, do swojej ciasnej ale własnej (a raczej banku) ostoi.
Tak wiele się przez te dni działo... Były urodziny mojego chrześniaka, gdzie Zosia jak równy z równym biegała za 7-latkami, była pierwsza marchewka mojego Stasia, pierwszy ziemniaczek i dynia  wszystko pożarte ze smakiem i bez chwili wahania. Były urodziny teścia i Sto lat śpiewane przez Zosię... Były spotkania z koleżankami i rodziną, były Zosi szaleństwa w bawialni i z obydwoma dziadkami :)

A zwieńczeniem tych fantastycznych ferii był weekend w Warszawie. I to o nim chciałabym Wam dziś nieco więcej napisać :D Był to bowiem jeden z najlepszych rodzinnych weekendów od dawna. Jakże ja się cieszę, że mój P. w mig podchwytuje moje propozycje przeróżnych wyjazdów i innych aktywności, że wspiera mnie w spełnianiu MOICH marzeń, że widzi we mnie nie tylko żonę i matkę jego dzieci, ale także tą zwariowaną, spontaniczną i pełną szalonych pomysłów dziewczynę, którą poznał 12 lat temu :) Jedynym pretekstem tego wyjazdu do Warszawy było bowiem spełnienie moich marzeń z dzieciństwa - udział w koncercie Backstreet Boys :D
O tym zaraz. Bo ten weekend to nie był tylko koncert. Udało nam się spędzić wiele przyjemnych chwil ze znajomymi. W sobotę świętowaliśmy 2 urodziny boskiego Mikula z forum rówieśniczego, a w niedzielę wybraliśmy się na niedzielny 5-godzinny spacer z moją siostra i jej chłopakiem. Pogoda była iście wiosenna, Zosia piszczała ze szczęścia, bo zwiedziła kilka warszawskich placów zabaw, my zadowoleni bo spacer długi i udany (przy okazji - zdecydowanie nie polecam Gospody Kwiaty Polskie tuż przy Rynku, ul. Wąski Dunaj - ceny wysokie, a smak i jakość potraw pozostawia wieeele do życzenia...). A Stasio tradycyjnie wszystko przespał.
Foto:










No i koncert. Nie ma słów żeby opisać te emocje, tą radość i ekscytację :D Towarzyszyła mi siostra i sąsiadka - równie szalone i niegdyś zakochane w BSB jak ja. Było więc raźniej szaleć - co uwiecznił nawet Onet (pierwszy filmik, 12-13 sek śpiewam wraz z siostrą, sek 27-30 gadam - http://muzyka.onet.pl/koncerty/koncert-backstreet-boys-w-polsce-backstreet-s-back-czyli-w-kogo-30-letnie-polki/l6vft )
Co więcej, było nas tam tysiące - średnia wieku minimum 25 lat, pracujące, często matki, panie prezes, urzędniczki, BIBLIOTEKARKI... Ale każda przyszła tam aby na nowo poczuć się nastolatka, aby zapomnieć o codziennych troskach i obowiązkach i po prostu poczuć się sobą :D Generalnie mam gdzieś to, że mówi się, że ta trasa jest tylko dla kasy, to jak niektórzy obśmiewali i obśmiewają BSB i ich fanki, oraz to, że poważne z pozoru 30-łatki szalały na ich koncercie. Sama dziś słucham innej muzyki, ale jestem okrutnie sentymentalna i po prostu nie mogło mnie tam zabraknąć! Piosenki Quit playing game i As long as You love me to moje pierwsze miłości, pierwsze dyskoteki, wagary, kolonie i płacz do poduszki przez niespełnioną miłość... To jeden z moich korzeni, jeden z powodów tego, jaka jestem dzisiaj :)
Tak wiec odstałam swoje przed Torwarem a potem w środku, cierpliwie czekałam i doczekałam się!!! To nic, że dziś nadal nie czuję nóg, bo po 5h spaceru na obcasach w tych samych butach stałam 3h, a potem skakałam na koncercie (bez nich zresztą nic bym nie widziała z racji kiepskiego wzrostu ;) To nic, że do dziś mam chrypę od śpiewania i pisków. Było warto! Warto było wlec całą rodzinę do Warszawy dla każdej sekundy tego koncertu. Dla każdej piosenki, dla każdego słowa wypowiedzianego przez moją dawną miłość Briana i resztę zespołu, dla wspólnego stworzenia biało-czerwonej flagi, dla tych dreszczy radości, że dalej pamiętam każde słowo starych hitów i znam także i nowe. Chłopcy totalnie dali czadu. Na scenie dają z siebie wszystko - wokalnie, ruchowo, nawiązują więź z publicznością (ileż to staników poleciało w stronę Nicka ;), no i dalej są przystojni :D Zresztą żadne moje słowo nie odda tego wszystkiego, poniżej wrzucam więc nieco foto:




















I jeden z filmików:


20 lutego 2014

Z babcinej biblioteczki vol. 1

Autor: Matka Browar o 23:16 13 komentarze Linki do tego posta
Kiedy na świecie miała pojawić się Zosia Matka przegrzebała biblioteczkę mojej babci w poszukiwaniu znanych sobie z dzieciństwa książek. A i owszem, znalazła, i to ile! Masa wiekowych książek, wydanych w latach 40-tych, 50-tych, 70-tych minionego wieku. Istne perełki! Zachachmęciła kilka i wywiozła je do domu rodzinnego. Cel był szczytny - aby podczas pobytów u taty mieć co dziecku czytać i nie wozić ze sobą torby książek.
Tak więc książeczki stały sobie grzecznie w moim własnym pokoju u taty w domu. Kilka z nich doczekało się swojego drugiego, a może i trzeciego życia i zostało przeczytanych Zosi na dobranoc. Przyjemnie się je czytało, ale bez większych refleksji. Dopiero podczas trwającego wciąż pobytu w domu rodzinnym doceniłam ten książkowy skarb - za sprawą mojego taty.

Chciałabym zapoznać Was z niektórymi perełkami, które i mnie czytano na dobranoc kiedy byłam maluszkiem. Postanowiłam więc zapoczątkować serię postów o wygrzebanych z prababcinej biblioteczki książeczkach dla dzieci.

Serię rozpocznie fantastyczna, gruba i duża książka "Brzechwa dzieciom".

Brzechwa dzieciom - Wydawnictwo Nasza Księgarnia,Warszawa 1959

Nie tylko zawiera ona solidną dawkę fantastycznych wierszy Brzechwy, ale jest tez przepięknie ilustrowana! Jak widać po stanie okładki - któreś z 2 dzieci lub 4 wnuczek mojej babci postanowiło ją ozdobić ;)



Co do treści - znajdziemy tu zarówno wiersze znane dzieciom w całej Polsce - jak Kaczka dziwaczka, ale także te zapomniane - jak Pali się. Ach, co to jest za wiersz! Ależ matka dziś popłynęła przy nim w sugestywnej intonacji :D Zosia słuchała jak zaczarowana!


A przez minione 3 dni Brzechwę czytał Zosi dziadek Karol - mój tata. Powodowało to niesamowita wręcz frajdę dla obojga zainteresowanych, ale i dla mnie :) Dowody na to już tu pokazywałam, ale pokażę raz jeszcze :)





19 lutego 2014

Maszynowe love :D

Autor: Matka Browar o 23:08 34 komentarze Linki do tego posta
Krótko dziś będzie i chwalipiętowato ;)
Bo Matka to ma cudownego męża, i chciała się z Wami tym podzielić :P

Pamiętacie posta o szyciu? O tego - http://matkabrowar.blogspot.com/2014/02/terkot-maszyny-do-szycia.html

I co? I dziś kurier przywiózł takie oto cudeńko :D


Moja! Tylko moja :D Anna, jesteśmy więc imienniczkami :D Zresztą P. przyznał, ze właśnie dlatego ją wybrał. Bo to niespodzianka była. Wiedział, że sprawi mi to masę radości. Kochany jest, nie sądzicie?

Przyznam się Wam, ze choć w życiu nie siedziałam przy maszynie, a szycie igłą wychodzi mi krzywo, to w mojej głowie roi się maaasa pomysłów na "uszytki" :) Na pierwszy ogień pójdą podusie dla dzieci, oczywiście z cudownie miękkiego materiału minky. Jakieś przytulaczki, pewnie i próby pierwszych ciuszków... Muszę szybciutko znaleźć jakąś fajną hurtownię tkanin w Krakowie - znacie może coś godnego polecenia???

Tak więc Matkę ogarnia dziś czysta euforia :D Aż mi się tańczyć chce! I wiecie co? Tańczyłam dziś! Jadąc autem BEZ DZIECI, z radiem na cały regulator - ramiona zataczały kółeczka, pupa skakała na siedzeniu, a głowa się kiwała - wszystko w rytm:



18 lutego 2014

Marchewkowe pole

Autor: Matka Browar o 22:20 28 komentarze Linki do tego posta
No i nadszedł ten dzień. Moje młodsze dziecko po raz pierwszy w swym krótkim życiu dostało pokarm stały - w każdym razie bardziej stały niż mleko ;)
Pozwolenie od pediatry na rozszerzanie diety otrzymaliśmy, nie było więc na co czekać (zamierzałam czekać na kogoś, kto zrobi nam zdjęcia, ale ostatecznie robiłam zdjęcia z kolana, drugą ręką karmiąc syna).
Pierwszy kontakt z Gerberowską marchewką zdecydowanie na plus. Żadnego plucia, żadnego marudzenia i krzywienia się. Ba, mój dzielny Staś od razu wiedział co się z łyżeczką robi - w przeciwieństwie do jego starszej siostry za czasów jej rozszerzania diety ;)

Fotoreportaż też jest, a jakże ;P

Bywało i tak, że Stacho chciał pożreć śliniaczek (w sumie kolor ten sam ;)


A tu już po wszystkiemu :)

Na koniec jeszcze fotki mojego taty i Zosi. Wiersze Brzechwy w wykonaniu mojego taty sprawiły Zosi masę radości :)
Cudownie nam w tych Kielcach :)




17 lutego 2014

Ojcowizna

Autor: Matka Browar o 15:49 19 komentarze Linki do tego posta
Matka wraz z dzieciarnią przebywa obecnie w tzw rodzinnych stronach - czyli w Kielcach. Kurdesz, dobrze nam tu... Jest masa rodziny, jest garstka znajomych, bo większość tak jak my uciekła za pracą do większych miast. Ciągle z kimś się spotykamy, gdzieś bywamy. Jest kogo poprosić o pomoc, o to, żeby został z dziećmi podczas gdy my wyskoczymy do kina, na zakupy, do fryzjera... Są 2, a jakby się uparł to nawet 3 duże domy z ogrodami, gdzie Zosia ma frajdę z wolnej przestrzeni, tak brakującej nam w Krakowie... Jest nawet mój własny pokój, urządzony niemal tak samo jak wtedy, gdy wyjeżdżałam na studia - te same suszone kwiatki, ramki ze zdjęciami, świeczki w butelkach, i inne pierdółki. W szafie dalej leżą moje bluzki na w-f w liceum ;)

Mówią - wracajcie. P. przebąkuje - a może przeniesiemy się do Kielc, wybudujemy tu dom... Dla niego bez różnicy skąd będzie jeździł na lotnisko... Ale ja nie chcę. Kocham Kielce, kocham wszystkie te dobrze znane mi uliczki, budynki, drzewa... Kocham pagórki zwane Psie Górki, które są zaledwie kilkaset metrów od domu mojego taty, a na których uczyłam się jeździć na nartach, szalałam na sankach, na rowerze... Ogromnie lubię spacerować po Kielcach, niezmiernie cieszy mnie rozwój tego miasta - o którym wielu z Was pewnie myśli - dziura jakich mało, nic tam się nie dzieje. Mylicie się, odwiedźcie Kielce a sami się przekonacie jak wiele to miasto ma do zaoferowania. Tak, jestem lokalną patriotką, mimo że podatki od lat płacę w innym mieście, mimo, że w Kielcach prawdopodobnie nie byłoby dla mnie pracy. Urlop macierzyński sprzyja przyjazdom do Kielc na dłużej, niż pełen pośpiechu weekend. Wtedy staram się nacieszyć wszystkim, co moje rodzinne miasto mi oferuje.







Ale nie o tym. Kraków to moje miejsce na ziemi. To tam mam całe grono znajomych, tam chcę wychować moje dzieci. Mimo okropnie zanieczyszczonego powietrza, mimo korków, wysokich cen mieszkań i ziemi, mimo wszystko. Gdybym z jakichś względów musiała wrócić do Kielc to myślałabym o tym, jako o powrocie na tarczy... Pokonana, poddająca się Matka Browar wraca w rodzinne strony, bo potrzebuje pomocy... Nie, to nie moje klimaty, za bardzo lubię się czuć niezależna ;)

Tylko że... kto wie, co los przyniesie...



 

Matka Browar Copyright © 2010 Designed by Ipietoon Blogger Template Sponsored by Emocutez