31 października 2013

Udana walka z rozstępami

Autor: Matka Browar o 17:46 11 komentarze Linki do tego posta
Postanowiła Matka zapoczątkować na swoim blogu nowy etap. Dlatego stworzyła zakładkę Matka Browar Poleca. Będzie tu umieszczać posty pochwalne na rzecz różnych przedmiotów/kosmetyków/usług i innych ułatwień, które przyszło jej wypróbować.

Na pierwszy rzut pójdą kosmetyki.
Jeszcze będąc w ciąży z Zośka usłyszała Matka o kosmetykach firmy Palmers. Że skuteczne przeciw rozstępom - ktoś mówił. Postanowiła Matka wypróbować, bo ciąża jak wiadomo sprzyja pojawianiu się tych mało estetycznych znaków na skórze. Zrobiła więc Matka research i kupiła masło do brzucha Tummy Butter For Stretch Marks oraz balsam Massage Lotion for Stretch Marks. Od 4 miesiąca ciąży raz dziennie, po porannym prysznicu smarowała brzuszek masłem, a piersi, pośladki i uda balsamem. W 8 i 9 miesiącu doszło do tego wieczorne smarowanie - bo skóra wtedy jest jeszcze bardziej narażona na rozciąganie. I udało się! Zośkowa ciąża nie pozostawiła na ciele Matki żadnych śladów. Dla szybszego powrócenia do jędrnej skóry brzucha dokupiła Matka jeszcze jeden specyfik - ujędrniający balsam Firming Butter. To także był trafny wybór - skóra szybko odzyskała dawną sprężystość i elastyczność.




Dlatego będąc w ciąży ze Stasiem Matka nawet nie próbowała szukać innych kosmetyków i zaopatrzyła się w te same smarowidła firmy Palmers. I również sie udało! Zero rozstępów :D Niektórzy mówią, że to dobre geny - ale i mama i babcia rozstepy posiadały, Matka ślepo więc wierzy, że to zasluga systematycznego wklepywania w siebie skutecznych kosmetyków.


Teraz nieco szczegółowych informacji o omawianych mazidłach:

Masło Tummy Butter For Stretch Marks 

Konsystencja masełka jest podobna do ciepłego wosku. Jest bardzo tłuste, dlatego lepiej poczekać kilka minut zanim się ubierzemy, bo można pobrudzić odzież. Bardzo łatwo się rozsmarowuje i jest wydajne (u mnie 2 opakowania na każda ciążę - po ok 30 zł każde). Do tego masło ma bardzo przyjemny kakaowy zapach. Mocno nawilża - skóra staje się bardziej elastyczna i aksamitna w dotyku. Sprzedawany w słoiczkach po 125g.


Balsam Massage Lotion for Stretch Marks

Konsystencja dosyć gęsta. Łatwo się rozsmarowuje i wchłania. Zapach kakaowy, choć mniej wyrazisty niż w pozostałych opisywanych kosmetykach. Są 2 wersje tego kosmetyku - skoncentrowany krem przeciw rozstępom w tubce 125g, albo balsam w butelce z pompką 250g. Koszt około 25 zł. Wydajny - a to, jak bardzo zależy od tego w które powierzchnie ciała go wsmarowujemy - ja smarowałam piersi, pośladki i uda. Mocno nawilża.


Balsam ujędrniający Cocoa Butter Formula Firming Butter

Konsystencja dosyć gęsta, łatwy do rozsmarowania, dobrze się wchłania. Intensywny i przyjemny zapach kakaowy. Opakowanie z pompką 250g ok. 25 zł. Mocno nawilża. Pomaga dość rozciągniętej skórze do dawnej perfekcji. Dobry do pielęgnacji skóry nie tylko po ciąży, ale także po intensywnej utracie wagi.

Wszystkie kosmetyki kupowałam przez Allegro - od aptek. Wychodziło sporo taniej niż w tradycyjnej aptece.

Tak więc drogie ciężarówki - polecam Wam wypróbowane przeze mnie kosmetyki. Ich ceny są na prawdę korzystne w porównaniu do mocno reklamowanych smarowideł innych marek, a według mnie są naprawdę skuteczne :)

29 października 2013

Odwiedziny

Autor: Matka Browar o 22:14 13 komentarze Linki do tego posta
Coś nie ma Matka dziś siły i energii na długą notkę. Dzisiejsza nocka była średnia, bo Stasia trochę brzuszek męczył nad ranem. Dlatego łóżko wydaje się obecnie jedynym miejscem, w którym Matka ma ochotę być... I nie zamierza z tą pokusą szczególnie walczyć, będzie więc krótko.

Wczoraj mieliśmy gościa, a dziś gościówę :) Wczoraj był brat cioteczny mojego P., którego Zosia się trochę wstydziła. Przyniósł Zosi książeczkę, a Stasiowi urocze śpioszki. A dziś była u nas moja kumpela, którą Zosia wprost uwielbia! Matka upiekła na jej przybycie znane Wam ciacha owsiane, ale dziś jakieś takie nieidealne wyszły :( Ciotka przyniosła cudne gifty dla dzieci - Zosia dostała puzzle Melissa & Doug. Już jedne z tej serii ma i bardzo je lubi, nowe też pokochała i rozkminiła od pierwszego wejrzenia :) Matka również ma zresztą hopla na punkcie drewnianych zabawek i woli, jak Zosia dostaje coś takiego niż kolejny grający plastik-fantastik ;) Puzzle prezentują się tak:
Urocze! Jednak ten biały motyl wywołuje dyskusję pomiędzy Matką i P. - czy to ćma, czy motyl? Zdania są podzielone ;)
Staś natomiast został posiadaczem ślicznego kompleciku ubranek :)


Ciocia pozachwycała się maluchami, powzruszała i pomogła przy kąpieli. Nie zraziło ją nawet to, że wchodząc do nas weszła niczym w oko cyklonu - oba dziecka darły się na potęgę! A Matka to nawet ma czasem wrażenie, że przyszło jej żyć w domu wariatów, ale da się żyć :)

Z innej beczki. Moja Guru macierzyństwa prowadzi kolejnego bloga - http://www.kloceksznurekdeska.blogspot.com/ - opisuje tam kreatywne zabawy dla dzieci według własnego pomysłu. Zaczerpnęłam od niej jedną z zabaw - przypinanie zwykłych bieliźnianych spinaczy do plastikowego pojemnika. Coś, co nam  dorosłym wydaje się banalne dla mojej Zosi na razie jest niewykonalne. Pokazuję jej jak chwytać spinacze, Zosia próbuje, ale jej nie wychodzi...  A złości się przy tym niesamowicie! Będziemy jednak trenować, bo jak wiadomo - trening czyni mistrza :) A jak pisze Guru - zabawa ta świetnie ćwiczy chwyt pęsetkowy. Dla zainteresowanych - link do zabawy <-- KLIK.

Tyle na dziś. Idę w kimono!




27 października 2013

Weekendowo

Autor: Matka Browar o 21:41 12 komentarze Linki do tego posta
Matka miała chrzest bojowy - została sam na sam z młodym pokoleniem na piątkowy wieczór, noc i większość soboty. Przyczyna? P. zaprosił kolegów na pępkówkę na mieście. W końcu trzeba było synka opić :D Wrócił o 6:30 rano i jak się dowiedziałam, Staś został tak opity, że powinien w ogóle nie chorować ;) O Zosi ponoć też panowie nie zapomnieli, mam więc nadzieję, że spożyte przez nich procenty faktycznie przysłużą się do zdrowia moich pociech ;)
W każdym razie Matka całkiem nieźle sobie poradziła. Oj, były oczywiście chwile zwątpienia, jak np. tuż przed kąpielą, kiedy oba dziecka uderzyły w ryk. Poza tym Zosia okropnie zachowywała się przy kąpieli Stasia... Wywalała wszystko z szafek, mało nie wylała wody z wanienki, rzucała się na podłogę, waliła w drzwi i uskuteczniała tym podobną dzicz. Przez chwilę była jednak spokojna - myjąc maleńkie stópki Stasia ;) Muszę znaleźć jakieś rozwiązanie na takie samotne wieczory, bo przecież samej w mieszkaniu podczas kąpieli Stacha jej nie zostawię... Niby wszystko co niebezpieczne jest pozabezpieczane przed jej małymi rączkami, ale kto wie co jej strzeli do głowy.
Usypianie obojga poszło gładko i Matka mogła delektować się wolnym wieczorem. Nocą na szczęście też obije byli łaskawi. Rano natomiast wrócił P. i przez większość soboty odsypiał balangę w pokoju dziecinnym. Zwątpienie u Matki pojawiło się jeszcze przy zbieraniu się na spacer - Matka myślała, że nigdy nie opuścimy murów mieszkania... Kupka tu, kupka tam, tego trzeba dokarmić, ta krzyczy bo nie chce ubrać butów... Ale udało się ;) Spacer też się udał - jak fajnie mieć sympatyczne sąsiadki z dziećmi w wieku Zośki :D

W niedzielę natomiast odwiedzili nas teściowie i przywieźli masę prezentów dla naszych maluchów. Część z nich to dary od rodziny i przyjaciół moich teściów z okazji narodzin Stasia. Piękne ciuszki na różne rozmiary :D Zosia natomiast stała się posiadaczką kolejnego pudełka kredek świecowych, kolorowanki i 2 bloków rysunkowych. Bo muszę Wam powiedzieć, że z Zochy rośnie artystka ;) Z upodobaniem rysuje, a z jeszcze większym upodobaniem maltretuje nas o rysowanie. Wszystko byłoby fajnie, ale zwykle wymaga rysowania wciąż jednego kształtu - "koło koło!" rozlega się w około ;)

Weekend uważam za udany (poza tym, że Stasia od 2h męczy brzuszek...) :) Piękną wiosnę mamy tej jesieni! Poniżej zdjęcia z dzisiejszego spacerku :) P. nie chciał się ujawnić ;)







A na koniec Mały Książe:






25 października 2013

Książkowe szaleństwo!

Autor: Matka Browar o 15:23 29 komentarze Linki do tego posta
Matka totalnie dziś zaszalała. W Krakowie odbywają się Targi Książki, na dodatek odbywają się 10 minut spacerem od naszego mieszkania. Matka co roku jest ich stałym bywalcem - bo lubi, bo zawód do tego zobowiązuje i dodatkowo - bo chce żeby jej dzieci tak jak ona sama wychowywały się w otoczeniu książek, chciały i lubiły je czytać. Matka ma to po własnym tacie - na co jak na co, ale na książki nigdy nie żal jej pieniędzy. I uważa, że nic tak jak książki nie rozwija naszej wyobraźni - już od wczesnych lat dzieciństwa. Matka nigdy nie zapomni, jak całą rodziną siadaliśmy w sobotnie popołudnia i czytaliśmy bajki - najpierw rodzice lub babcia, a gdy mała Matka poznała tajniki czytania - także i ona. Z przygód krasnala Hałabały - to było coś ;)

W tym roku Matka poszła w towarzystwie P., który miał Matkę stopować przed wydaniem fortuny. Hahaha, dobre sobie, P. zaraził się tak, że sam wybierał kolejne tytuły i w konsekwencji wydaliśmy więcej, niż zakładaliśmy ;) Matce i P. towarzyszył oczywiście Stasio. I to nie byle jak towarzyszył:

Wzbudzaliśmy więc razem niemałe zainteresowanie ;) Stasio był wzorowym towarzyszem, przespała caaalutką wizytę na Targach ;) Zosia w tym czasem na placu zabaw szalała z nianią.

Kupiliśmy na prawdę masę cudownych tytułów, ale gdyby Matka miała sakiewkę bez dna kupiłaby o wiele więcej.
Oto i nasze zakupy :) A tak na prawdę jest ich nieco więcej, ale część to prezenty dla dzieci, których rodzice czytają tego bloga - niechże więc mają niespodziankę ;)


Matka po prostu nie może się oprzeć fantastycznie wydanym, pięknie ilustrowanym książkom, np. Wydawnictwa Zakamarki (zaraziła mnie nim moja Guru). Bardzo polecam Wam takie tytuły, jak np.: Jak mama została indianką oraz Jak tata pokazał mi wszechświat... Tym razem Matka zakupiła 3 książki tego wydawnictwa, z czego Pomelo i przeciwieństwa kompletnie nas urzekła! Fantastyczne ilustracje uczące nowych, ciekawych słów - np. banalny i nietuzinkowy :) Oj, Matka czuje, że w niedalekiej przyszłości staniemy się posiadaczami kolejnych tomów przygód Pomelo ;)


Cudowne książki wydaje także Wydawnictwo Dwie Siostry. Mamy już fantastyczną Księgę dźwięków (jeśli jeszcze nie macie - kupcie!) oraz Miasteczko MamOko. Zosia uwielbia obie książki, a w MamOko godzinami potrafi wyszukiwać na tych wielkich, twardych stronicach konkretne postacie i przedmioty. Dziś kupiliśmy Jesień na Ulicy Czereśniowej - podobna konwencja, wielki format, piękne rysunki i ćwiczenie spostrzegawczości :) Pewnie w kolejnych latach dokupimy pozostałe tomy. Podobnie jak kilka innych książek tego wydawnictwa, na które już mam chrapkę - np. Mapy. Obrazkowa podróż po lądach, morzach i kulturach świata.



Kupiliśmy także kolejne przygody hipcia Maksa, o którym Matka bardzo lubi czytać, a Zosia słuchać. Mamy każdy wydany do tej pory tom. Podobnie jak przygód Królewny Lenki - oba Wydawnictwa Skrzat.

 


Do naszej kolekcji doszły także kolejne trzy części pouczających przygód uroczego żółwika Franklina.

 

Oczywiście także Staś stał się posiadaczem kilku książeczek :) To książeczki dla najmłodszych, przeznaczone dla dzieci od 3 miesiąca życia. Są w nich czarno-białe ilustracje - kontrasty bardzo przykuwają wzrok takiego maluszka :)





Do tego kupiliśmy jeszcze kilka małych książeczek, ale nie wszystkie są na zdjęciach, a także magiczny mini ręczniczek dla Zosi :)


I jeszcze prezent dla Zosi pod choinkę - maxi domino. Strasznie nam się spodobało i nie mogliśmy sobie odmówić - będziemy nim także grać w memory :)


A to jeszcze prezent Matki dla samej siebie ;) Mój ulubiony autor! Kiedy ja to przeczytam...? ;)


A oto i Zosia w szale oglądania nowości:








Tak więc Matka zdecydowanie dzień uważa za udany :)
Ps. Zosia po fryzjerze. Ale nie uczesana :D I brudna bo właśnie zjadła rogalik z marmoladą ;) Widać?

23 października 2013

Bunt jeszcze-nie-dwulatki?

Autor: Matka Browar o 16:01 15 komentarze Linki do tego posta
Ewidentnie u nas jakiś bunt dwulatka... Czy też raczej dwulatki ;) Wcześnie się zaczyna, ale co innego może powodować, że kochana dotąd córcia nagle praktycznie bez powodu rzuca się na ziemię, pręży, wrzeszczy w niebogłosy i nie da się przy tym dotknąć, przytulić...? Zawsze była małym nerwuskiem, ale teraz przechodzi samą siebie! Wcześniej Matka myślała, że ma to związek z jej nagłym zniknięciem, pobytem w szpitalu, zmianą sytuacji w domu - ale minęły już 2 tygodnie, a bunt tylko przybiera na sile...
Z jedzeniem problem, ze spaniem problem, z ubieraniem i przewijaniem. Oj daje nam latorośl popalić i mam nadzieję, że jej to minie zanim P. wróci do pracy i zacznie znowu wyjeżdżać na kilka dni...

Na dodatek P. mówi, że może Zośka już nie potrzebuje drzemać w ciągu dnia. Ja uważam inaczej, bo kiedy już po protestach zaśnie, to śpi bite 2,5h, a na noc też zasypia raczej bez zarzutu. A poza tym Matka po prostu sobie nie wyobraża żeby Zośka miała nie spać w dzień! Ta jej drzemka jest dla Matki jak zastrzyk energii, jak przerwa w pracy - tak bardzo potrzebna chwila wytchnienia, ciszy i spokoju... Można wtedy na spokojnie poświęcić czas Stasiowi, coś ugotować, posprzątać, wypić kawę, albo po prostu zalec na kanapie i napisać nowego posta na blogu. Brak Zośkowej drzemki nie mieści się Matce w głowie! Nawet trzylatki w przedszkolu leżakują, a moja 19 miesięczna córka nie? Matka czuje, że bez tych sjest będzie cholernie ciężko, zwłaszcza zimą... Bo co z tym rozbrykanym pieronkiem robić przez cały dzień w domu, ogarniając przy tym malutkiego Stasia? Matka wie, że przecież jest niania, ale to tylko 3h dziennie. Na dodatek w ostatnich dniach, korzystając z pięknej pogody, w tym samym czasie co niania z Zosią Matka spaceruje ze Stasiem.
A jak Wy, Matki starszaczków dałyście sobie radę z buntem dwulatka i brakiem drzemek...?


Zosia po dorwaniu ciastka z czekoladą ;)

A co do Stasia - w poniedziałek odpadł mu pepek :) Dla Matki to mega radość, bo z Zosią nie było tak łatwo... Po 8 tygodniach kikut pępowiny nadal trzymał sie tak mocno, że musiał go usunąć chirurg... Tak więc u Stasia w tej kwestii odbyło się bez przygód - chyba dzięki temu, że tym razem Matka miała w nosie ten cały Octenisept i przemywała pępek starym dobrym spirytusem.
Z oczkiem też jest spora poprawa. Widać ze kropelki działają, bo teraz oczko ropieje już minimalnie - po niecałych 2 dniach kuracji :)
Staś nadal jest kochanym aniołkiem :) Śpi, je, a w krótkich przerwach między jednym a drugim leży grzecznie i patrzy sobie na świat :) Spacery (dziś 3 godzinny) przesypia w całości. Płacze rzadko - czasem przy przewijaniu, jak jest głodny i niekiedy przy suszeniu po kąpieli. Sam akt kapieli wprost uwielbia! W nocy daje pospać - cudowny maluch :) Tfu tfu tfu!

 Matka porannie - włosy jeszcze mokre, brak makijażu ;)

21 października 2013

Natura vs cesarskie cięcie

Autor: Matka Browar o 16:30 20 komentarze Linki do tego posta
Dziś mijają 2 tygodnie od narodzin Stasia.
Tym samym minęły dwa tygodnie od mojej cesarki. Dziś postanowiła więc Matka pokusić się o swoisty bilans, podsumowani, czy też porównanie porodu naturalnego i cesarskiego cięcia.

18 marca 2012 na świat przyszła Zosia - drogą naturalną. Poród rozpoczął się samoistnie i trwał 10h 45min - od pierwszego skurczu we własnym łóżku o 1 rano, do narodzin o 12:45. Na IP dotarłam z 4 cm rozwarcia i skurczami co 3 minuty. Pół godzinny prysznic i ćwiczenia przy drabinkach doprowadziły do pełnego rozwarcia. Ostatnia faza porodu - skurcze parte - trwały około 45 minut. Nie było lekko, bo nie da się ukryć że poród boli jak cholera, ale i nie było jakoś traumatycznie - dlatego całość wspominam bardzo dobrze. Wielka w tym pewnie zasługa fantastycznej położnej i wsparcia mojego P. Obyło się bez znieczulenia (nie chciałam), nacinania i spektakularnych pęknięć. Za to miało miejsce coś, z czego nie zrezygnowałabym za żadne skarby świata - zaraz po tym jak po raz pierwszy zobaczyłam moje maleństwo nastąpiło odcięcie pępowiny i od razu Zosia trafiła na mój brzuch. I tak tuliłyśmy się przez 2 godziny... Wtedy miało miejsce pierwsze przystawienie do piersi, podziwianie cudownych malutkich paluszków, czarnych włosków, niemowlęco zadartego noska, uroczych uszek... W każdej sekundzie porodu i późniejszego kontaktu skóra do skóry był przy mnie P. To były mistyczne chwile - dla nas obojga. Popłynęła niejedna łza szczęścia i wzruszenia. Byliśmy tam przez te 2 godziny sami - nasza nowa, mała rodzinka. Mogliśmy w spokoju delektować się naszym szczęściem. Widziałam podziw w oczach P., podziw skierowany w moją stronę. I dobrze mi z tym było :)
Co po porodzie? Zwinne ciało, ale obolałe siedzenie... Obawa przed schyleniem się, chodzenie w rozkroku i kombinowanie jak się położyć/wstać nie przekładając ciężaru na pupę... Niejaki lęk przed wypróżnianiem i przed dotykaniem się "tam". Obawa czy "tam" wszystko ok, czy nasze życie seksualne nie legnie w gruzach ;) A po wyjściu do domu karmienie Zosi na leżąco i potworny ból pupy podczas codziennych wizyt gości - bo trzeba było zachować fason i siedzieć przy stole ;) Do tego pełne 6 tygodni krwawienia, 6 zużytych paczek podkładów i kilka paczek podpasek oraz Tantum Rosa po każdej wizycie w toalecie... Nie pamiętam jak długo bolało, ale ze 2 tygodnie na pewno...

7 października 2013 na świat przyszedł Staś - drogą cesarskiego cięcia. Decyzja o CC zapadła błyskawicznie, zanim zdążyłam się tym zestresować już było po wszystkim. Po przyjęciu na IP szybkie KTG i od razu na stół. Tam kazano mi rozebrać się i usiąść jak najbardziej się garbiąc, wkłuto igłę ze znieczuleniem podpajęczynówkowym (nie bolało) i położono. Czułam się nieprzyjemnie obnażona i było mi zwyczajnie zimno. Ale po chwili poczułam ciepło schodzące od pasa w dół i przestałam mieć kontrolę nad tą częścią ciała. Nie było tak, że nic nie czułam - bo czułam sam fakt nacinania skóry, rozciągania jej hakami i wyciąganie Stasia z mojego brzucha. Ale w żadnym stopniu tego co czułam nie nazwałabym bólem - raczej delikatnym dyskomfortem.
Samo cięcie trwało chwilę. Dłuższą chwilę trwało wyciąganie Stasia, bo był totalnie poplątany i omotany pępowiną. Dlatego lekarz wykonujący cesarkę nie krył zdenerwowania i wymknęło mu się kilka niecenzuralnych słów... Kiedy Staś już był "na zewnątrz" odchylono oddzielający mnie od centrum wydarzeń parawan i pokazano synka. Potem powędrował na szybkie osuszanie i wtedy usłyszałam jego pierwszy krzyk. Oczywiście popłynęły łzy wzruszenia i tak bardzo żałowałam, że w tej chwili nie ma przy mnie P., że leżę sama na stole w sali pełnej obcych ludzi, w tej tak ważnej, w tej tak pięknej chwili... Po kilku minutach przyłożono Stasia do mojego policzka. To była krótka chwila - może minutka, a ja tak bardzo na nią czekałam... Jeszcze wilgotna, ciepła, aksamitna skórka niemowlęcia - dotyk, którego nie sposób zapomnieć... Chwila ta trwała zdecydowanie za krótko i Staś został wyniesiony z sali na ważenie i mierzenie, podczas którego był obecny P. Mnie w tym czasie "cerował" ten nerwowy i opryskliwy lekarz, który niestety nie zyskał mojej sympatii, choć fantastyczny z niego fachowiec... Wszak to w jego rękach było zdrowie mojego synka... Leżałam tam i zastanawiałam sie gdzie teraz jest mój synek, co z nim robią... Chciałam go czuć przy sobie!
Po zszyciu zostałam przełożona na szpitalne łóżko i odwieziona do sali. Wtedy po raz pierwszy przystawiono mi synka do piersi. Czułam się mało komfortowo, bo od pasa w dół nadal nic nie czułam, nie mogłam więc zmienić pozycji i jakoś lepiej ustawić się do karmienia... Staś był z nami tylko 40 min i zabrano go do inkubatora, bo miał lekką niewydolność oddechową. Noc miałam więc fatalną -  brak Stasia w brzuchu i przy moim boku, a P. wyproszony z uwagi na późną porę... Dzieci współlokatorek kwiliły, a ja leżałam tam samotna, bez czucia od pasa w dół - leżałam i szlochałam...  Pielęgniarki nie informowały mnie co dzieje się z moim synkiem, dawały za to dobre rady typu "proszę spróbować się zdrzemnąć"... Drzemanie z tym okrutnym uczuciem nieświadomości i osamotnienia było wprost niemożliwe!
O 5 rano przyszedł czas na pionizację. Miła pani położna pomogła mi najpierw usiąść na łóżku, a potem wstać, przejść do toalety i wziąć prysznic. Nie miałam zawrotów głowy i nie było mi niedobrze. Dostałam kroplówkę ze środkami przeciwbólowymi, bo wraz z czuciem w nogach pojawił się spory ból w okolicy rany... Dopiero po południu przynieśli mi Stasia z powrotem i wtedy zaczęliśmy się na wzajem poznawać... Staś był łaskawy i ciągle tylko spał z krótkimi przerwami na jedzenie, mogłam więc powoli dochodzić do siebie. Nie było źle, ale i nie było różowo - każda próba obrotu czy też wstania z pozycji leżącej do siadu kończyła się syczeniem z bólu. Że też śladem chociażby kardiochirurgii nie zamontowali na położnictwie drabinek/poręczy do chwytania się przy wstawaniu... Kaszlnięcie, kichnięcie i smarknięcie powodowało bolesne uczucie pękania rany ;) Schodzenie z tego cholernie wysokiego łóżka też nie było łatwe - ale tu szpital zabłysnął i wyposażył sale w podnóżki z Ikei ;)
Po 3 dniach wypisano nas do domu i wystarczyła jedna noc we własnym łóżku abym poczuła się o NIEBO lepiej. Po tych 3-4 dniach ból zamienił się w lekki dyskomfort i wszelkie środki przeciwbólowe odeszły w zapomnienie. Po 8 dniach zdjęto mi szwy i wtedy blizna przestała ciągnąć. Po 14 dniach zniknął już nawet dyskomfort - miejsce szycia jest jedynie odrobinę wrażliwe na dotyk. Spokojnie mogę siedzieć, chodzić (nawet w obcasach), kucać, schylać się, kopać z Zosią piłkę itd. Zużyłam jedynie 3 paczki podkładów poporodowych i paczkę podpasek i krwawienie ustało. No i nie muszę się obawiać, że "tam" na dole coś mogło się zmienić ;)

Podsumowując:
Choć w moim przypadku dochodzenie do siebie po porodzie naturalnym trwało dłużej niż po cesarskim cięciu, zdecydowanie wolę jednak ten pierwszy... Emocje towarzyszące porodowi naturalnemu zdecydowanie równoważą wszelkie niedogodności będące jego następstwem... Ogromnie ważne dla mnie było to, że przy SN mogłam mieć przy swoim boku P., i to, że miałam niejaką kontrolę nad tym co się dzieje. To było coś fantastycznego! Przy CC tego zabrakło... Byłam sama wśród obcych ludzi, którzy dosłownie wyszarpali mi dziecko z brzucha. Oczywiście względy medyczne absolutnie nie dopuszczały w tej sytuacji porodu SN i nawet nie śmiałabym z nikim o tym dyskutować...
I mimo że nie był to mój wymarzony poród - najważniejsze że Staś jest już z nami - cały i zdrowy :)

A propos Stasia - waga pięknie rośnie :) Dziś w przychodni ważył 3080g, może więc już jutro wyrównamy wagę urodzeniową. Natomiast z oczkiem coraz gorzej - Staś dosłownie płacze ropą... Nasza pediatra przepisała nam dziś kropelki Tobrosopt. Jeśli nie minie po tygodniu mamy udać się do okulisty, bo konieczne może okazać się przetykanie kanalika łzowego...Trzymajcie więc kciuki żeby pomogło, bo zabieg ten ponoć do fajnych nie należy...



19 października 2013

Polska złota jesień

Autor: Matka Browar o 15:06 16 komentarze Linki do tego posta
Jest lepiej :)

Bilirubina spadła. Z 188 w dniu wypisu ze szpitala do 160 w czwartek. Z każdym dniem Staś jest też coraz mniej żółty, więc i Matka spokojniejsza :) Nasz mały bobas je też coraz więcej, a wypożyczona waga niemowlęca wczoraj pokazała, że przez dobę przybrał 30g. Nie jest wiec chyba tak źle;) Zobaczymy ile będzie ważył dziś wieczorem.
Kolejna sprawa - ropiejące oczko. Oczywiście jak wszelkie infekcje - dzieje się to na weekend, więc będziemy mogli skontrolować je dopiero w poniedziałek... Na razie przemywamy oczko solą fizjologiczną. Gdzieś w matczynej głowie kołacze się myśl, że może to być niedrożny kanalik łzowy - mój P. jako dziecko miał z tym problemy. Ale na razie na spokojnie - niech obejrzy to lekarz :) Nie ma co nadmiernie schizować :D

Sobota to najczęściej czas porządków, tzw. dzień gospodarczy ;) Dlatego Matka dziś ostro wzięła się za sprzątanie. Jak to ułatwia sprawę, kiedy w myciu wanny nie przeszkadza wiszący brzuch i zadyszka nie pojawia się przy kilku szybszych ruchach ;) Od razu Matka czuje się zwinna i lekka (choć na wadze jeszcze kilka zbędnych kg ;) )...

Miał dziś także miejsce rodzinny spacerek. Pięknie dziś, tak złoto-polsko-jesiennie za oknem. W słońcu przyjemnie, ale w cieniu nieco mroźno, dlatego Matka ze Stasiem pospacerowała niepełną godzinkę, a P. z Zośką zostali trochę dłużej. No i dziś wygrała matczyna próżność - można było wreszcie założyć obcasy, zrobić lekki make-up i poczuć się na tym spacerze naprawdę kobieco :D Słońce, orzeźwiające powietrze, piękne odcienie liści, dwójka szkrabów w wózku i silne ramię mojego P. pod ręką - ach, ach, ach!




A tu jeszcze Zośka z tatusinym wytworem :) Generalnie wszyscy oszaleliśmy na punkcie Lego Duplo i mamy mega frajdę z budowania przeróżnych stworów, garaży, mostów, tuneli, wież (w tym bryluje Zosia) i zagród dla naszej plastikowej zwierzyny ;) A że Staś łaskawy duużo śpi, to mamy czas na takie wspólne budowanie :)




17 października 2013

Sprawy zdrowotne

Autor: Matka Browar o 13:04 19 komentarze Linki do tego posta
Jest trochę nowości...

Byliśmy wczoraj ze Stasiem na pierwszej wizycie kontrolnej u naszej pediatry - tej samej, do której chodzi Zosia. No i okazało się, że Staś bardzo słabo nam przybiera :/ 10 października, w dniu wypisu ze szpitala ważył 2880g, a wczoraj - 16.10 tylko 2900g. Marnie jak na 6 dni... Dostaliśmy więc zalecenie stawiania się w przychodni na cotygodniową kontrolę wagi. A swoją drogą dziś P. wypożyczy wagę noworodkową, żebyśmy mogli kontrolować wagę także w domu.
I Matka zastanawia się, o co tu chodzi. Bo Staś je sporo - poza nocami, gdzie pociągnie 3 minuty i usypia... I w nosie ma wszelkie matczyne próby zainteresowania go cycem. Je sporo, robi setki kupek, a Matka sama po swoich piersiach widzi, że pokarmu ma maaasę. Najwyraźniej jest to jednak mleczko typu super extra slim... Bo z Zosią też był problem, że słabo przybierała... Cóż, jak będzie trzeba, to raz dziennie podamy maluchowi butlę z mlekiem modyfikowanym - wszystko dla jego zdrowia...
Dostaliśmy też skierowanie na badanie poziomu bilirubiny, bo Staś jest lekko żółtawy. I ta jego senność i słabe przybieranie na wadze może wynikać właśnie z żółtaczki... Tak więc dziś rano zawieźliśmy Stacha do przychodni, gdzie ukłuto w paluszek. Sam fakt kłucia przespał, ale kiedy pani pielęgniarka ściskała jego paluszek, coby nałowić kilkanaście kropelek krwi - wtedy mój mały dzielny pacjent nieco popłakał... Wyniki będą dziś popołudniu lub jutro i wtedy dowiemy się, czy Stasia nie trzeba naświetlać... Martwi się Matka, bo nie chciałaby wracać do szpitala, a tym bardziej zostawiać tam Stasia samego...



I mamy też skierowanie do Poradni Patologii Noworodka. Wszystko przez to staśkowe leżakowanie w inkubatorze, problemy oddechowe, spadki glukozy i innych wartości w morfologii... Matka musi się więc umówić na pierwszą wizytę w tejże poradni.

Jak więc widzicie - Matka ma na głowie sporo spraw związanych ze zdrowiem Stasia... I martwi się nieco, żeby jej malutki synuś nie był chorowitkiem... Oj, hormony buzują, a zmartwienia wyciskają z matczynych oczu łzy...

Poza tym jest nieźle :) Noce mijają gładko, choć Matka pada ze zmęczenia już o 22... Staś jest kochany i grzeczny, choć już pokazuje charakterek ;) No cóż, mały z niego nerwusek, na dodatek chyba nie będzie wielkim pieszczochem, bo przytulony w pozycji do odbijania odpycha się z całą wielką jak na takie małe ciałko siłą ;)
A Zosia? Nadal ogromnie czuła dla brata i nadal zbuntowana przy najmniejszej nawet czynności, która jej dotyczy ;) Ale z każdym dniem niesamowicie się rozwija - rozumie chyba praktycznie wszystko co do niej mówimy, o co ją prosimy. No i zdumiewa mnie jej rozwój językowy! Z każdym dniem zasób jej słów rośnie. Pięknie mówi takie słowa jak królik, struś, mucha, kotek, miś, statek, kółko (oczywiście potrafiąc też je rozpoznać) :) Zdarzają się także śmieszne wersje słówek - małom to balon, mamam to banan, momin to komin ;) I z wielką chęcią powtarza po nas - proszona czy nie. Napawa to Matkę ogromną radością :)

W ostatnich tygodniach pokochała też kredki - świecowe, a dziś także zwykłe. Rysujemy więc cuda (choć w Matce za grosz talentu plastycznego...), a Zosia rozpoznaje kształty - kółko, trójkąt, kwadrat, gwiazdka... Domek, rybka, kotek, królik, miś... Uczymy się także kolorów. Ogromnie pomocna jest w tym nasza niania - z nią też Zosia rysuje, układa lego Duplo, czyta książeczki. No i oczywiście spaceruje - tak jak w tej chwili, więc Matka ma chwilę na napisanie posta ;)





15 października 2013

Matka na słodko

Autor: Matka Browar o 21:26 27 komentarze Linki do tego posta
Miało być kulinarnie i będzie :D
Od soboty każdego popołudnia przybywają do nas goście, którzy chcą poznać naszego najnowszego domownika. A Matka wzorem swojej Guru macierzyństwa - Karoliny - lubi gościom podać coś swojego, słodkiego - domowe wypieki :) Bo już tu kiedyś Matka napomknęła, że w wypiekach czuje się jak przysłowiowa ryba w wodzie, natomiast przy garach bryluje u nas P.

Dzieci zsynchronizowały się z drzemkami, w niedziele piekła więc Matka Fajnodomową szarlotkę. Ciasto to już od wielu lat często gości na naszym stole i jest dobrze znane większości znajomych :) Jest bardzo łatwe i szybkie do przygotowania i przede wszystkim boskie! Jakby to ujął Alejandro - Crashing Bubs!
Oto przepis:


 FAJNODOMOWA SZARLOTKA



Składniki:

3 szkl. mąki
1/3 szkl. cukru
1 kostka margaryny (250g)
mały cukier waniliowy (16g)
mały proszek do pieczenia (16g)
5 żółtek, 1 - 1 i 1/2 kg jabłek




1. Jabłka umyć, obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach, usmażyć. Posłodzić w zależności od własnego smaku i gatunku jabłek.

2. Piekarnik nagrzać do temperatury 160 stopni.

3. Wszystkie składniki wrzucić do miski i ścisnąć kilka razy. Nie mieszać dokładnie. Ciasto konsystencją ma przypominać kruszonkę


4. Tortownicę lub średnią blachę wysmarować margaryną lub masłem.

5. Wysypać połowę ciasta.

6. Wyłożyć jabłka (mogą być jeszcze ciepłe).


7. Na jabłka wysypać resztę ciasta.
8. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni. Piec 1 godzinę.
9. Wyjąć,pozostawić do ostudzenia, konsumować.


A w poniedziałek piekła Matka ciasteczka owsiane, zapożyczone od wspomnianej wyżej Guru, <- KLIK. Równie łatwe i równie pyszne - a przede wszystkim zdrowe :) Może je jeść i matka karmiąca i 1,5 roczny berbeć :)


Przepis:



CIASTECZKA OWSIANE



Składniki i sposób wykonania:

Do blaszanej miski wrzucić:
- 11 deko masła
- ¾ szklanki cukru
- trochę esencji waniliowej lub łyżeczkę cukru waniliowego
- 1 jajko
Utrzeć wszystko mikserem.



 Następnie dosypać do masy:
- ½ łyżeczki sody oczyszczonej
- 1 szklankę mąki
- 1,5 szklanki otrębów owsianych lub płatków owsianych (z otrębami wychodzą delikatniejsze, jestem zwolenniczką tej wersji :) )
- ¾ szklanki żurawiny suszonej (lub rodzynek)
- ½ szklanki utłuczonych orzechów lub innych bakalii (jeśli z tego rezygnujemy, trzeba dać pół szklanki więcej płatków/otrębów owsianych)




Wymieszać wszystko, formować okrągłe niewielkie ciasteczka i układać na formie wyłożonej papierem do pieczenia. Trzeba pamiętać, że ciastka rosną w piekarniku, więc dobrze jest zostawić spore odstępy między nimi.

Piec ok. 10-12 min. W temp. 190 stopni C.



Smacznego :)

14 października 2013

Jesiennie i spacerowo

Autor: Matka Browar o 22:23 19 komentarze Linki do tego posta
Matka w dalszym ciągu stara się odnaleźć w swojej nowej roli. Ma wrażenie, ze idzie jej to o niebo lepiej niż przy pierwszym dziecku - zdecydowanie więcej w tym wszystkim luzu :) Bo i podejście zdrowsze, i doświadczenie już jest, no i nieocenione wsparcie P.  - Matka czuje się wiec szczęśliwa :)
Owszem, pojawiają się chwile zmęczenia - czy jak wczoraj - smutku że za mało ma Matka czasu dla Zosi. Ale kochany P. cierpliwie pociesza, tłumaczy, obolałe plecki posmera... ;) A wczoraj, widząc Matczyny smutek wysłał Matkę na chwile z Zośką na plac zabaw, żebyśmy miały chwilę dla siebie. Oczywiście chwila ta nie trwała dłużej jak 20 min, bo Stasiu już szukał cycusia... Ale Matka była szczęśliwa, że znowu mogła z córcią polepić babki z piasku, pozbierać kolorowe liście, usłyszec ich szelest pod nogami, poczuć ich zapach... Jak w reklamie - od razu lepiej!

Natomiast Staś zaliczył wczoraj pól godzinki werandowania. W pełnym spacerowym rynsztunku spał sobie na fotelu przy otwartym oknie. Pogoda była cudna- prawdziwa polska złota jesień! I chyba mu taki rodzaj drzemki pasował :)




A dziś udało nam się wyjść na pierwszy spacer. 20 min w naszej podwójnej limuzynie Graco - całość przez Stanleya przespana :D Zocha dumnie siedziała na swoim przednim siedzisku, a Matka robiła objazd osiedla i plotkowała z nie widzianymi od tygodnia sąsiadkami :) Ach właśnie, bo Staś kończy dziś już tydzień! Ależ ten czas leci!
W każdym razie bosko było wyjść z dzieciaczkami na ten pierwszy podwójny spacer :D

Chciała Matka jeszcze napisać o swoich wypiekach - no bo przecież co dzień u nas goście, wiec trzeba ich czymś uraczyć ;) Ale za dużo by tego było na dziś - wiec jutro będzie kulinarnie  :D Miejcie się na baczności - będą same pyszności :)
A goście zacni znoszą naszemu Stasiowi cuda - głownie piękne ciuszki :D Tygryskowy kombinezonik, który dziś na spacerze odbył chrzest bojowy, boskie bodziaki, polarkowy dresik itd :) Matka najchętniej wszystko by fotografowała, ale P. mówi, że przesadzam ;)

U Zosi buntu ciąg dalszy. Generalnie o większość rzeczy jest protest - problemem jest spanie, przewijanie, ubieranie... Oj frustracja czasem jest blisko ale cóż - nie dajemy się i cierpliwie przekonujemy i tłumaczymy... Na szczęście Zosia nie przejawia żadnych agresywnych zachowań w stronę Stasia - ale ciągle chce go głaskać mówiąc "mój" i całować... ;)


12 października 2013

Rymowany prezent dla Stasia

Autor: Matka Browar o 15:47 15 komentarze Linki do tego posta
Dziś będzie krótko. Bo Matka autentycznie się wzruszyła.
Mamy w kręgu przyjaciół wybitną poetkę. Tak się skłąda, że poetka ta jest również blogerką.
No i Matka padła dziś, kiedy przeczytała najnowszy wpis rzeczonej poetki - Anci Mamci:



Szczęśliwe Narodziny Stasia


Takie to zawirowanie
się trafiło Browar Mamie!

Tak się bardzo ucieszyła,
bo Synusia urodziła!

Każda przecież by szalała
i ze szczęścia wariowała!

A więc Stasiu rośnij zdrowo!
Niech Ci będzie kolorowo!

Niechaj świat stoi otworem,
Ty poznawaj go z humorem!

Ancia Mamcia śle papatki
dla PODWÓJNEJ Browar Matki :-) 


Źródło http://anciamamcia.blogspot.com/

Matka w szoku i chętnie odpowiedziała by wierszem, ale nie umie, nie ma talentu, weny, no i nie chciałaby narazić się na kompromitację ;) Tak więc prosto z serca napisze - DZIĘKUJĘ CI KOCHANA MOJA :) Wierszyk bankowo trafi do pamiątkowego albumu Stasia, który Matka musi mu zakupić :)



No i co jeszcze u Matki słychać? A no zdumiewająco mało płaczu słychać. Matka pochwali synka, bo jest istnym aniołeczkiem - i wyspać się da, i poprasować, i zaległy odcinek Chirurgów obejrzeć... 
A Zośka dalej buncik uprawia, ale spokojnie, Matka cierpliwie stara się to znosić i latorośl naprostowywać na właściwe tory ;)

 

Matka Browar w Niemczech Copyright © 2010 Designed by Ipietoon Blogger Template Sponsored by Emocutez