No i jest kryzys. Walczyłam ze sobą - pisać o tym czy nie. Dużo łatwiej byłoby, gdybym prowadziła bloga anonimowo, bo przecież czyta go rodzina, bliscy i dalsi znajomi. I co oni powiedzą? Ale dlaczego miałabym nie napisać o tym, co mnie boli, o tym, że jest mi źle, dlaczego miałabym zaprzeczyć swoim ideałom i ściemniać, że wiecznie jest różowo i cukierkowo?
Otóż nie jest. Jestem absolutnie sfrustrowana. 2,5 roku w domu, z dziećmi zrobiło z otwartej, spontanicznej, radosnej dziewczyny jaką byłam kłębek nerwów bez wyraźnej koncepcji na to, co chce dalej w życiu robić. Często jestem z dziećmi sama, nie mam na kogo liczyć, nie mam komu podrzucić dzieci i uciec aby zachować higienę psychiczną - to konsekwencja naszego wyboru Krakowa na miejsce do życia. Owszem, do Zosi przychodzi niania - ale to studentka, której obawiam się na dłużej zostawić też Stasia... Tęsknię za ludźmi, za obowiązkami innymi niż domowe, za samorozwojem. Chcę poczuć, że oprócz rodziny coś jeszcze się w życiu liczy, że kobieta nie jest stworzona tylko do przewijania dzieci, gotowania, prania, sprzątania.
Tak, sprzątanie, to kolejny kamyczek przepełniający wór mojej goryczy... Nasze 45m2 kiedyś cudownie urządzone, przestronne dziś TONIE w dziecięcych rzeczach, w naszych rzeczach, we wszystkim. Tak, zdaję sobie sprawę że sama je zagracam... Nigdy nie będzie tu porządku, bo po prostu mimo przemyślanych rozwiązań typu szafy pod zabudowę brak jest już miejsca na chowanie rzeczy. Niezliczone pudełka na zabawki stoją na podłodze, piętrzą się w nich klocki, warzywka, autka, miśki i inne duperele, po które co kilka chwil muszę się schylać, aby utorować sobie drogę do łazienki/kuchni/gdziekolwiek. Wszystko stoi już na wierzchu i mam to coraz bardziej gdzieś - co kiedyś było nie do pomyślenia... Najchętniej wywaliłabym to wszystko za okno. Do tego wciąż zasypują nas kolejne zabawki, niekoniecznie przez moje dzieci wykorzystywane.
Zawsze byłam zorganizowana - nie ukrywajmy, ku mojemu rozgoryczeniu 2 dzieci totalnie to zmieniło. Do mojego życia wkradł się chaos i wystarczy Zosina prośba o picie podczas robienia obiadu i już jestem rozdrażniona, wybita z rytmu. Co gorsza, odbija się to na dzieciach, bo choć staram się być dla nich kochająca, pomocna i serdeczna, zdarzają się chwile okazywania mojej złości i słabości. Zwłaszcza, że uparta i buntowana Zosia skutecznie potrafi wytrącać mnie z równowagi... Cóż, cała mamusia, co jeszcze bardziej mnie frustruje... Jestem doskonale świadoma swoich złych cech i to koszmarne widzieć ich dokładne, a nawet silniejsze odbicie we własnym dziecku...
Kwestia powrotu do pracy. MARZĘ o powrocie do pracy. Ale czy pogodzę to z prowadzeniem domu? Nie mam złudzeń - kiedy oddam dzieci do placówek typu żłobek i przedszkole (a mam to w planach od września) będą non stop chorować. Nie mam na kogo liczyć, więc to ja będę siedziała z nimi na zwolnieniu. Jak to się ma do mojego samorozwoju? Do chęci zawojowania świata??? Dodatkowo - moja obecna pensja w obecnej pracy wystarczy jedynie na opłacenie placówek dzieci. No, może coś na waciki zostanie... A gdzie oszczędzanie na większe mieszkanie? Shit!
Jestem sfrustrowana, rozgoryczona i nie wiem co dalej. Nigdy w moim życiu nie miałam w sobie tyle złości, co teraz. Kapiący bidon Zosi potrafi totalnie wyprowadzić mnie z równowagi. Warczę na ludzi, czepiam się P. Nie jest to bez znaczenia jeśli chodzi o nasze obecne relacje. Brakuje mi randek z mężem, chwil tylko dla siebie... Zgubiłam się... Dlatego dziś mamy w planie randkę. Jak tylko uśpimy dzieci zostawiamy je z nianią a sami wymykamy się do naszej ulubionej restauracji... Trzymajcie kciuki, aby było nam dane popielęgnować nasz związek w innych niż domowe okolicznościach :D
Żeby było jasne - kocham moje dzieci, uwielbiam rodzinę, jaką we 4 tworzymy i za żadne skarby świata nie oddałabym tego co mam. Ale mam prawo powiedzieć, co czuję. Że życie Matki Browar w chwili obecnej dalekie jest od ideału. Nie chcę tworzyć iluzji, że jestem zorganizowaną, fantastyczną Matką Polką - a takie głosy często mnie dochodzą. Nie ma czego podziwiać, nie jestem idealna, radzę sobie nie bardziej niż przeciętnie. Po prostu - wkurw goni wkurw.
Założę się, że jest nas mnóstwo - matek, które spełniając swoje marzenie o rodzinie, o dzieciach w pewnym momencie zatraciły siebie. A może pomyślicie, że marudzę, że są kobiety, które same wychowywały 8 dzieci i dały radę. Jasne - i ja doceniam każdą z nich. Ale w tym momencie chodzi o mnie i o to, jak ja się w obecnej sytuacji czuję. Czasy się zmieniły i my, kobiety, matki mamy prawo do tego, aby chcieć więcej niż być tylko gospodyniami domowymi.
Dodatkowo dobił mnie ten artykuł:
http://mateuszgrzesiak.natemat.pl/95737,22-rzeczy-ktore-odkrywasz-po-przekroczeniu-trzydziestki Zupełne zaprzeczenie mnie w chwili obecnej. Owszem, mam 30 lat. Ale chyba jednak nadal jestem niedojrzałą emocjonalnie gówniarą...
Trzymajcie kciuki, abym oczyściła głowę z chwastów, abym znalazła w sobie siłę i mobilizację do zmiany mojego życia na lepsze.