Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzedaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzedaż. Pokaż wszystkie posty

06 października 2014

Jak zaburzyć rutynę?

Autor: Matka Browar o 14:37 7 komentarze
Nasze życie ostatnio jest dosyć mocno usystematyzowane. Pobudka o 7:05, ogarniam siebie i dzieci, na 8:30 doprowadzam maluchy do żłobka i przedszkola. Wracam, zjadam śniadanie sam na sam z Facebookiem, ogarniam dom z porannego chaosu. Jadę na zakupy/sprzątam/szyję na maszynie/piszę bloga/gotuje obiad/piję kawę sama lub niekiedy z sąsiadkami.
 Źródło: http://matkanieszablonowa.pl/2013/04/06/rutyna-to-podstawa/

I zanim się obejrzę jest 12:30 - odbieram Stasia. Jemy razem obiad (Staś tylko do towarzystwa, bo zwykle jada obiad w żłobku). Chwila wspólnej zabawy i o 14:30 odbieramy Zosię z przedszkola. Idziemy na plac zabaw, i tam mijają nam 1-3 godziny, w zależności od pogody. Stasio zalicza wtedy drugą drzemkę, Zosia szaleje, a ja mam okazję poplotkować z sąsiadkami. Odwiedzamy też niemal codziennie nasz ulubiony warzywniak. Zosia wybiera jabłuszka, marchewki, pomidory, robimy przy tym repetytorium z nazw warzyw i owoców :) 
Plan popołudnia dnia zależy od tego, czy P. jest na miejscu, czy w delegacji. Jeśli jest, po 17 wraca z pracy i wspólnie spacerujemy, bawimy się z dzieciakami, czasem jedziemy na zakupy, zjadamy rodzinną kolację. W kąpieli ja ogarniam Zosię, on Stasia. Kładziemy maluchy, najpierw ja czytam im bajkę, potem P. Potem nasze słodziaki same zasypiają. I wtedy mamy czas na film we dwoje, kieliszek winka, przytulasy lub mało romantyczne surfowanie każdy po "swoim" internecie ;)
Jeśli P. Jest w delegacji wszystko co powyżej należy do mnie. Zwykle to wieczorne ogarnianie dzieci samej idzie mi szybciej niż we dwoje, ale wolę jak P. jest w domu i zdejmuje z moich barków część tych obowiązków - choćby mycie butelek i robienie kolacji :D  
Zaburzeniem tej nudnawej rutyny są weekendy. Uwieeelbiam te nasze dwa wspólne dni, kiedy wszystko robimy razem, kiedy cieszymy się sobą na wzajem. Długie spacery, podmiejskie wycieczki, wspólne posiłki, zabawy, albo po prostu leniuchowanie we czwórkę - tak jak wczoraj :) Wielka wieża ze wszystkich klocków, jakie mamy w domu? Nie ma sprawy :) Test sprawdzający Zosiową znajomość zwierzątek? Ok! Tańce do piosenek Backstreet Boys? Ależ zabawa :) Ponad godzina spędzona na huśtawce! Czemu nie :) Czworakowe gonitwy ze Stachem? Kolana bolą, ale lecimy! Łaskotkowy atak na mamę i gryzieniowy atak na tatę?
 

To jest nasz sposób na leniwą niedzielę :) Niedzielę, która zakończyła się jakże smutną dla wszystkich wiadomością o odejściu cudownie ciepłej Anny Przybylskiej... Zasypiałam z myślą o jej dzieciach - trzy maluchy, które będą się uczyły żyć bez Mamy, bo cholerny los jest niesprawiedliwy... Boli mnie to podwójnie - jako Mamę, i jako Córkę, która Mamę za wcześnie straciła...

Wracając do zaburzania rutyny. Sobota była aktywniejsza od leniwej niedzieli :) Na naszym osiedlu odbyła się już druga zorganizowana przeze mnie wyprzedaż garażowa. Tu w tle moje "stoisko" :)




Handlowali też najmłodsi :) Podziwiam ich przedsiębiorczość i umiejętność pozbywania się własnych zabawek :)



Tym razem sprzedających było dużo więcej niż kupujących, w zasadzie dokonywaliśmy transakcji między sobą ;) Mimo to całkiem owocna była to dla mnie wyprzedaż - pozbyłam się części ciuszków po dzieciach i kilku zabawek. Za symboliczne 5 zł kupiłam Zosi kołyskę dla lali - radość bezcenna! Staś dostał 3 resoraki i samolot po 1zł, a na roczek dostanie kolejkę z Ikei - także za bezcen ;)

 Zosia zasypia teraz razem ze swoją lalą ;)

Atmosfera tej naszej wyprzedaży - fantastyczna! To świetna okazja do integracji z sąsiadami, do pogaduchów, smiechów i plotek :) A przy okazji robimy nieco miejsca w szafach i szafeczkach ;) Polecam, zorganizujcie takie wyprzedaże także u siebie :)

U nas hitem wyprzedaży są suszarki na pranie. Dlaczego? Służą do ekspozycji towarów :D


30 czerwca 2014

Jak zostałam rasową handlarą

Autor: Matka Browar o 15:42 23 komentarze
I znowu minął weekend, znowu mocno plenerowy i wypadowy :) Była więc piątkowa Matki wyjściówka na "szklankę" do miasta, gdzie oddała się plotkom wraz z koleżankami ze studiów podyplomowych. Był też sobotni grill w cudownej scenerii Ojcowskiego Parku Narodowego. Przepiękne są tamte rejony i cudowna jest drewniana willa naszych miłych gospodarzy. A jakież pyszności gospodarze nam zaserwowali! W kwiecistym ogrodzie, przy szumie małego wodospadu pałaszowaliśmy karkóweczki, babeczki, sałateczki, poznawaliśmy miłych ludzi i oddychaliśmy prawdziwie czystym powietrzem. Aż chce się człowiekowi wynieść z Krakowa po takiej sobocie.

Zosia wcina grillowe przysmaki

Who knew I would be this handsome ;) 
Stasia już brało choróbsko, gorączkował...


Ale to w niedziele emocje sięgnęły zenitu. Matka wstała o 6:10 w NIEDZIELĘ! A po co to tak, a czemu to tak? Bo Matka kultywowała posiadaną od lat żyłkę handlarską. Tak. Wraz z koleżanką stawiłyśmy się punkt 7:30 pod krakowską Halą Targową, gdzie co niedziela kto może wyprzedaje co może. Tzw mydło i powidło. Co ja miałam ze sobą? 2 walizy i plecak pełne skarbów. Koleżanka jedynie o 1 sztukę bagażu mniej ;) Wożony w bagażniku stelaż wózka przydał nam się jako transporter ;) 10 minut spaceru w te i nazad z całym ekwipunkiem uświadomiło nam, że na zupełnie legalną miejscówkę na placu targowym nie mamy już o tej porze szans. Jak to na spontaniczne i łebskie dziołchy przystało, postanowiłyśmy rozłożyć się tam gdzie nikt nie stał - po drugiej stronie chodnika, przy samym parkomacie, który chwilę później wraz z pobliskim drzewem został udekorowany ciuchami.
No, może jednak była to nieco dłuższa chwila... Dlaczego? Bo wierzcie mi, ledwo zdążyłyśmy przystanąć i otworzyć walizki, a już nad nami pojawiły się dosłownie RZESZE poszukiwaczy skarbów. Tacy co to wiecie, muszą być pierwsi, żeby im kto inny skarbu spod nosa nie podebrał. Ależ była jazda przez jakieś 15 minut! "A co to pani tu ma? A za ile pani to sprzeda? A to do czego? A te nożyki to za ile? A płyty to po ile? A ma pani zegarki? A buciki te to na jaki rozmiar? A co to takiego? Pani, a te długopisy to piszą?". Kto mnie zna, ten wie, że byłam w swoim żywiole, bo ja uwielbiam takie akcje. Przypływ adrenaliny, uśmiech od ucha do ucha i gadka taka, że "skarby" szły jak woda :)

Po pierwszej fali nadeszła chwila luzu i było nam wreszcie dane wyłożyć wszystko na przygotowane na chodniku koce. Potem te fale pojawiały się co kilka chwil. Wystarczyło, że ktoś przy nas stanął, a zaciekawieni gapie dostawiali się i tworzył się niezły tłumek, co zwykle owocowało wieloma transakcjami. Szczerze powiem, że wyprzedałam ze 2/3 obszeeeernej kolekcji zbędnych już rzeczy (choć znienawidzony ręczny laktator Avent nawet za piątaka nie poszedł).

Jestem mocno podbudowana tym, jacy sympatyczni ludzie do nas przychodzili. Targowanie się i rozmowy z klientami najczęściej były prowadzone w miłym, żartobliwym wręcz tonie. Co chwilę pojawiał się starszy Pan i informował nas o postępach w zbliżaniu się Straży Miejskiej, która przegania handlarzy rozłożonych bez pozwolenia na chodniku - czyli takich jak my. Ale my chciałyśmy legalnie, tylko miejsca dla nas brakło... Straż przeszła raz i dała ostrzeżenie, a potem drugi raz z kolejnym ostrzeżeniem. To tylko zwiększyło nasze utargi, bo gdy ludzie zobaczyli że się pakujemy, znowu rzucili się na nasze walizy. Dosłownie grzebali mi w zapakowanej już walizce i wykopywali skarby, które już wtedy oddawałam za bezcen, chcąc się pozbyć jak największej ilości gratów. Zresztą co chwila zakrzykiwałam też "Promooocja, promoooocja!!! Wyprzedaję za grosz bo już się pakuję, ostatnia szaaaansa!!!" Żyłka handlarska po ś.p. dziadziusiu ;) I nie, nie wstydzę się tego. Stanie tam nie było dla mnie obciachem, a fantastyczną przygodą i tych, co robią sobie z tego podśmiechujki serdecznie pozdrawiam ;) Im pewnie brakłoby "jaj" żeby stać 3h w centrum miasta i sprzedawać rupiecie :)

W końcu jednak Straż Miejska ostatecznie nas wypłoszyła - niedaleko nas zaczęli wystawiać mandaty i nie chciałyśmy ryzykować. Koniec końców jednak jestem bardzo zadowolona z utargu i tylko żałuję, że w ferworze walki nie znalazłam chwili, aby obejść targowisko i wyszperać jakieś skarbiki dla siebie, dla domu, dla dzieci. Ale może to i lepiej, bo P. mógłby mnie z domu wypędzić, gdybym przytargała więcej, niż wywiozłam ;) No i bobu nie zdążyłam kupić, ech...

No a potem wybraliśmy się na Małopolski Piknik Lotniczy. Zosia jako fanka samolotów po pierwszej chwili lęku, że wszystkie latają tak nisko i  blisko była zachwycona. 





Choć nie wiem, czy nie bardziej jarał ją zakupiony tam pistolecik na bańki mydlane. 







W każdym razie spędziliśmy miłych kilka godzin wylegując się na kocyku i obserwując przeloty pojedynczych samolotów, formacji, a także śmigłowców (łącznie z desantem).



Staśko natomiast wszystko miał w nosie i 3/4 pobytu przespał. Szał - głośne samoloty co chwilę latały tuż nad jego głową, a on spał w najlepsze. Trudno mu się dziwić, bo od soboty trawi go gorączka. Byłam pewna, że to zęby ale dzisiaj lekarka orzekła, że to jednak  lekkie zapalenie krtani...


Tak więc kolejny weekendzie, przybywaj!

05 września 2013

Matka robi biznesy ;)

Autor: Matka Browar o 17:15 8 komentarze
Matka ma dziś dzień pod wezwaniem popularnego serwisu aukcyjnego. 

Najpierw obszerne zakupy - akcesoria niemowlęce i okołoporodowe typu koszula do karmienia, kremik przeciw rozstępom, flanelki i inne cuda. Drogie to cholerstwo niemiłosiernie, można się zagotować... A przecież część szpargałów została po Zośce, więc i tak mniej trzeba kupić... Ale przynajmniej Matka ma poczucie, że jak już to wszystko przyniosą poczciwy pan listonosz w spółce z panem kurierem, to będzie prawie gotowa na przywitanie małego krasnoludka :D Zostanie w sumie tylko kwestia wózka. Bo Matka ma wielki dylemat - kupować wozidło podwójne typu rok po roku, czy może tylko podnóżek lub dostawkę do posiadanej już karocy. W tej kwestii mile widziane są wszelkie opinie innych mamusiek z dzieciaczkami rok po roku :) 

Następnie Matka wzięła się za wyprzedaż starannie wyselekcjonowanych gratów, bo przecież jakoś trzeba odzyskać choć odrobinę przestrzeni ;) Trochę się tego nazbierało! Torebki, książki, płyty, lokówko-suszarka i tona nowych, jeszcze ometkowanych ciuszków Zośki. No co ja poradzę, że rozmiar 74 praktycznie przeskoczyła i większości ciuszków nie zdążyła założyć... Tak więc Matka stała się handlarą, wypiekła oczy nad monitorem, a to jeszcze nie koniec! Sterta wszystkiego czeka na kolejną "wolną chwilę". 
 Nie wspominając o innej stercie - prasowania, która też czeka, czeka i doczekać się jakoś nie może ;)


 

Matka Browar w Niemczech Copyright © 2010 Designed by Ipietoon Blogger Template Sponsored by Emocutez