Ostatnie dnie są w dużej mierze wypełnione staraniami o to, żeby Staś cokolwiek zjadł i żeby się nie odwodnił... Myślałam, że może dopadł go podobny wirus jak Zosię. Ale coś za długo to trwa, do tego żadne leki nie przynoszą sukcesów w leczeniu. Bakteria jakaś? Alergia pokarmowa? Ząbkowanie po prostu??? Bo pomimo problemów ujmijmy to - natury gastrycznej - Staś ostatnio tryska humorem! Od kilku dni wreszcie przestał o wszystko się złościć. Zbuntowany anioł gdzieś zniknął i wrócił mój pogodny, uśmiechnięty i gaworzący synuś :) Tylko wychudł nieco :/
Do tego dzisiejszy dzień wypełniony był doprawdy osobliwymi doznaniami... Ach te moje maluchy, potrafią człowiekowi urozmaicić czas ;)
Miniony weekend spędziliśmy w rodzinnych stronach. Piękny, jesienny weekend! Odwiedziny u bliskich zmarłych, wieczorny magiczny spacer po najstarszej kieleckiej nekropolii... Starałam się wyjaśnić Zosi na czym polega Święto Zmarłych, dlaczego odwiedzamy groby naszych bliskich, gdzie jest teraz nigdy przez nią nie poznana Babcia Jola... Przed nami jeszcze wiele takich rozmów, obym umiała je sprawnie przeprowadzić, oby w tej małej blond główce wszystko mądrze się poukładało...
W weekend obchodziliśmy także urodziny i imieniny mojego taty - dużo się działo i sporo się jadło ;) Ćwiczyć owszem, ćwiczyłam, ale nie mam się czym pochwalić jeśli chodzi o spadek wagi ;) Ale miały być raporty co poniedziałek więc proszę:
Waga tydzień temu pokazała 57,0, dziś 56,9kg ;) Szałowy spadek, co? ;)
Rano zapomniałam się obmierzyć, potem nie było kiedy, a po kolacji pomiary pewnie nie byłyby zachęcające, ten fragment raportu tym razem sobie więc odpuszczam ;) Zmykam na spotkanie ze znielubianą acz skuteczną Chodakowską i jej Skalpelem ;) Wszystko po to, żeby za tydzień mieć się czym pochwalić :D










